18 lutego 2018

Osobliwość 2: Rozdział 9

Samoeliminacja

Otworzyłem oczy.
Przez kilka sekund mój mózg rejestrował to, co się działo dookoła i w końcu dotarło do mnie, że obudziłem się dokładnie tak, jak zasnąłem. Czyli na erykowej klatce piersiowej. 
Czując jak jego ramię mnie obejmuje, uniosłem rozespany głowę i popatrzyłem na jego pogrążoną we śnie twarz. 
Starając się wykonywać jak najmniej ruchu, wyciągnąłem rękę do stolika nocnego po telefon i kiedy już go dosięgłem, sprawdziłem godzinę. Dochodziła szósta rano. 
Odłożyłem z powrotem smartfon na swoje miejsce i bardzo delikatnie zacząłem się wyswobadzać z ramion Demińskiego. Cudownie mi się na nim leżało, jednak czekał mnie dzisiaj bardzo długi i ciężki dzień, a przez to nie mogłem sobie pozwolić na jakieś potknięcia czy walkę z czasem. 
Jakoś udało mi się go nie obudzić, więc stawiając ostrożnie stopy, udałem się prosto do łazienki. Miałem zamiar wziąć prysznic, ale przed tym, musiałem się jeszcze wysikać. Niby nic w tym dziwnego, bo przecież zawsze załatwiałem swoje potrzeby fizjologiczne zaraz po przebudzeniu, jednak zazwyczaj nie sikałem przez minutę. 
Cóż, gdy byłem na ostatniej prostej zbijania wagi, i piłem przy tym litry wody dziennie, potrafiłem sikać co pięć minut. Boże, jak ja tego nienawidziłem. To był cud, że nie wstawałem w nocy. 
Już wiedziałem, że moja dzisiejsza podroż do Poznania będzie przepleciona niezliczoną ilością przystanków. 
Niby taka ludzka rzecz, a potrafiła momentami niemiłosiernie uprzykrzać życie. 
Ale czego nie robi się dla kariery. 
Wskoczyłem wreszcie pod natrysk, mając nadzieję, że szum wody nie obudzi Eryka i zacząłem zastanawiać się, czy wszystko spakowałem i czy byłem gotowy do drogi. 
To było niesamowite, jak ten czas zleciał. Aż momentami ciężko było mi uwierzyć, że już pojutrze miałem swoją drugą walkę. 
I cholernie tego chciałem. Czułem się bardziej niż gotowy. Byłem w pełni zdrowy, nie doskwierała mi żadna kontuzja, a robienie wagi szło gładko. Miałem wszystko idealnie poukładane w swojej głowie. Wizualizowałem sobie przebieg mojego starcia niezliczoną ilość razy i byłem przekonany, że jestem gotowy na każdą ewentualność. Bryczewski nie mógł mnie niczym zaskoczyć. Przygotowałem cały alfabet scenariuszy obronnych i drugie tyle scenariuszy z kontratakami. 
Ta walka między nami, była walką o wszystko. Obaj mieliśmy mnóstwo do udowodnienia i jeszcze więcej do stracenia. Ja byłem na samym początku swojej kariery i musiałem pokazać, że nie jestem tylko bijącym się pedałem. Moim celem było udowodnienie wszystkim, że potrafię się bić i potrafię robić to dobrze. Za Tomkiem natomiast ciągnęło się pasmo czterech porażek i kolejne potknięcie mogłoby zakończyć jego karierę. No i oczywiście dotkliwie wpłynęłoby na jego reputację, bo przecież obrażał mnie od dnia, w którym świat usłyszał o naszej walce i nie mógł pozwolić sobie na to, aby przegrać z jakąś ciotą.
To miało być albo nie być któregoś z nas.
Któryś z nas miał wrócić do domu z tarczą, a któryś na niej.
Tyle że byłem absolutnie przekonany, że w sobotę to mój nadgarstek powędruje do góry. 
Zdążyłem już wyjść spod prysznica i kiedy się wycierałem, zostałem zaalarmowany dzwonkiem budzika z mojego telefonu.
— Kurwa — warknąłem pod nosem i odrzucając niechlujnie ręcznik na kosz na pranie, poszedłem szybko do sypialni. 
Niestety Eryk zdążył się obudzić.
— Przepraszam, obudziłem się parę minut przed budzikiem i zapomniałem go wyłączyć — wyszeptałem.
Mój ukochany przeciągał się właśnie i przecierał oczy, a kiedy na mnie spojrzał, uśmiechnął się lubieżnie.
— Takimi widokami to mnie możesz budzić — skomentował, mając na myśli, że stałem przed nim nago. 
Zaśmiałem się pod nosem i usiadłem na skraju łóżka. 
— Jak wrócę w niedzielę, będę bogatszy o jedno zwycięstwo — zapewniłem. 
— Wiem to — przyznał bez cienia zawahania. 
Wykorzystując to, że Eryk już nie spał, położyłem się na nim i pozwoliłem sobie na jeszcze kilka chwil sielanki, czułości i pomrukiwania z rozkoszy. Po kilku minutach musiałem się niestety zacząć zbierać, bo Antek z Dawidem mieli po mnie za niedługo podjechać. 
Ubrałem się, wystawiłem spakowaną torbę treningową na korytarz i poszedłem spakować jeszcze prowiant zapewniony przez mojego sponsora. 
Gdy już byłem gotowy i zacząłem zakładać buty i kurtkę, Eryk wyszedł z sypialni opatulony w koc. 
— Jesteś pewny, że mam nie przyjeżdżać z Luizą? — spytał po raz ostatni. 
— Tak będzie lepiej. Dobrze wiesz, że chciałbym, żebyś tam był, ale nie chcę cię narażać na jakieś durne komentarze i…
— Przecież dobrze wiesz, że bym sobie z tym poradził — przerwał mi.
— Och, nie mam co do tego najmniejszych wątpliwości. Pewnie twoi potencjalni hejterzy jeszcze by pożałowali, że z tobą zadarli… ale po co to komu? Wystarczy, że będziesz trzymał za mnie kciuki tutaj — odparłem z pewnym przekonaniem. 
— W porządku — przystał na moje warunki. — Jedźcie ostrożnie i zadzwoń, jak dotrzecie na miejsce — poprosił jeszcze, kiedy już zarzuciłem torbę na ramię i chwyciłem kolejną z jedzeniem. 
— Tak jest — zasalutowałem i wychyliłem się ostatni raz, po jakiegoś pożegnalnego buziaka. 
— Skop mu dupsko — zażądał, kiedy się od siebie oderwaliśmy.
— Taki jest plan — potwierdziłem. 
Kiedy wreszcie się od siebie oderwaliśmy, posłałem Erykowi jeszcze buziaka w powietrzu i opuściłem mieszkanie, gdyż telefon w mojej kieszeni wibrował, co oznaczało, że moja skromna ekipa już na mnie czekała. 
Zjechałem ukochaną windą, wstrzymując przy tym oddech i z ulgą opuściłem ją na parterze. Potem szybko przemieściłem się do wyjścia z bloku, a na zewnątrz, tuż pod klatką, czekał uruchomiony samochód Antka. Wskoczyłem na tylne siedzenie, przywitałem się z moimi towarzyszami i ruszyliśmy na zachód. 
Jako że szykowała się cholernie długa podróż przez pół Polski, a ja nie byłem kierowcą, postanowiłem, że umilę sobie czas książką. Tak, to brzmiało kompletnie do mnie niepodobnie, ale zdarzało mi się od święta czytać. Zazwyczaj było to właśnie w sytuacjach takich jak ta, czyli gdy miałem dużo wolnego czasu, w którym nie mogłem za bardzo nic robić. 
Czytanie przeplatałem jakimiś rozmowami z Dawidem i Antkiem, słuchaniem muzyki i przerwami na toaletę. 
Oczywiście nie byłbym sobą, gdybym w trakcie podróży nie poddawał się jakimś filozoficznym przemyśleniom.
Jak na złość musiałem zabłądzić w takie meandry umysłu, w które akurat najmniej miałem ochotę się zagłębiać. 
Towarzyszyło mi jakieś takie dziwne uczucie, czy tam obawa przed tym, co miało nastąpić po walce. Jasne, oczywistą odpowiedzią było — powrót do pracy, kolejne przygotowania i następna walka, jednak bardziej zajmowało mnie myślenie o tym, co będzie ze mną i Erykiem. 
Tak naprawdę odpowiedź była prosta: wszystko będzie jak dotychczas, czyli zwyczajnie. A przynajmniej taką miałem nadzieję, bo nic nie zwiastowało, aby stosunki między nami miały ulec zmianie. Ja pracowałem dużo, Eryk pracował dużo, a wolny czas spędzaliśmy razem na luźnych rozmowach, spacerach późnym wieczorem, maratonach filmowych i jedzeniu. I seksie. 
W zasadzie to nawet nie wiedziałem skąd ta obawa przed tym, że coś się może między nami zmienić na gorsze, bo przez te trzy tygodnie wszystko wyglądało tak, jakbyśmy osiągnęli naszą rozłąką zamierzony cel, czyli poprawiliśmy nasze stosunki i poukładaliśmy wewnętrzne rozterki.
I chyba naprawdę wyszło nam to całkiem dobrze. Nie panikowałem, kiedy tylko dzwonił mój telefon, nie czytałem z uporem maniaka internetowych hejtów i starałem zachowywać się rozsądnie. Dbałem też przy tym o Eryka. Wykazywałem zainteresowanie tym, co robił, pytałem, jak mu mijał dzień w pracy i czujnie obserwowałem jego reakcje. Widziałem, że to działa i w drugą stronę, bo i Eryk bardzo interesował się tym, co ja robiłem, a przy tym, miałem wrażenie, że jest bardziej otwarty… no albo że przynajmniej stara się taki być. Co prawda sam musiałem dopytywać, jak widziałem, że coś zajmuje jego myśli, ale w takich sytuacjach nie zapierał się ze wszystkich sił, tylko szczerze odpowiadał. Uważałem to za postęp.  
Nie sądziłem też, abym nagle popadł w jakiś paranoiczny szał, gdyby nagle okazało się, że presja w tej około-walkowej atmosferze jest zbyt duża. Pewnie czułbym jakiś ucisk w żołądku i był bardziej podenerwowany, ale chyba nie było takiej szansy, bym tak totalnie zafiksował się na tym punkcie i znowu zapomniał o całym bożym świecie. Wbrew pozorom, powstrzymywał mnie przed tym rozsądek. Gdy tylko zaczynałem za bardzo rozwodzić się nad pewnymi kwestiami, karciłem się mentalnie i usiłowałem nadawać swoim myślom inny kierunek. 
Tak jak teraz. Wgapiałem się przez szybę, podziwiając przy tym widok przepięknej autostrady i nagle złapałem się na tym, że znowu zabłądziłem za daleko w swoich rozważaniach. A doszło już do tego, że wysnułem hipotezę, w której układa mi się z Erykiem teraz dobrze… tylko po to, aby coś za jakiś czas z łoskotem pierdolnęło. Jakbym obawiał się jakiejś karmy, czy zemsty za to, że przegrałem z silną wolą i nie wytrwałem w postanowieniu. 
Potrząsnąłem głową i wróciłem do czytania książki. 
Wszystko będzie dobrze, Robert — zacząłem powtarzać sobie niczym mantrę. 
***
Dotarliśmy do Poznania bez żadnych komplikacji, zameldowaliśmy się w hotelu, zadomowiliśmy się, zjedliśmy obiado-kolację i około dziewiętnastej udaliśmy się na siłownię, która znajdowała się dosłownie naprzeciwko hotelu, aby zrobić wieczorny trening. 
Był to dosyć spory kompleks, bo oprócz części z klasycznymi maszynami do ćwiczeń, znajdował się też tam obszar z ringiem, a nawet kawałek maty. 
Wpierw zrobiłem jakieś ćwiczenia siłowe pod okiem Antka, a gdy już się porządnie rozgrzałem, przeszliśmy na matę i zacząłem powtarzać z Dawidem jakieś najistotniejsze chwyty. Oczywiście wszystko to było robione na maksymalnie pięćdziesiąt procent, bo nikt z nas nie chciał nabawić się żadnej kontuzji. Dawid w końcu sam zaczął konkretne przygotowania do walki, a ja przecież walczyłem za czterdzieści osiem godzin. 
Skupiałem się głównie na obronie i atakach z dołu, bo scenariusz, w którym Bryczewski mnie obala i próbuje zamęczyć z dosiadu, wydawał się jak najbardziej prawdopodobny. Dlatego przez dużą część moich przygotowań ćwiczyłem gardę i wszelakie techniki, jakie tylko mogłem wykorzystać, gdybym znalazł się w tej niekorzystnej pozycji. 
W pewnym momencie, kiedy Dawid był na mnie w dosiadzie, wybiłem biodra do góry i dynamicznie przekręciłem się na lewą stronę, zamieniając nasze pozycje. 
Uniosłem w tej chwili także głowę i na moment zamarłem. 
Kilka metrów dalej,  przy wejściu do ringu, stał mój przeciwnik. Akurat owijał swoje dłonie bandażami i przyglądał mi się uważnie. Na jego twarzy malował się drwiący uśmieszek. 
Ja dla odmiany obdarowałem go beznamiętnym, wypranym z uczuć spojrzeniem i wróciłem do skończenia kontrataku, który zacząłem na Jastrzębskim. 
— To ci nie pomoże — usłyszałem donośny, przesadnie pewny siebie głos. 
Dawid z zaciekawieniem zerknął na mojego oponenta, Antek zaskoczony odwrócił się w jego stronę, a ja go zignorowałem. 
— Zajmij się sobą — polecił mój trener.
— Twoja dziwka nie umie odpowiadać samodzielnie? — zapytał Tomek, w typowym dla siebie stylu. Dorzucił przy tym prowokujące spojrzenie w kierunku Antka.
— Chyba masz jakieś omamy, bo ja tu żadnej dziwki nie widzę. Byłeś ostatnio u okulisty? — odpyskował Antek, zaskakując przy tym i mnie, i Dawida.
— A ty kim, kurwa, jesteś, staruszku? — zapytał Bryczewski o wiele agresywniej. Ja w końcu zszedłem z Dawida i próbowałem powstrzymać wkradający się na moje usta uśmieszek. 
Dotarło do mnie, jakby za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, że Tomasz Bryczewski był po prostu… słaby. 
To było nasze pierwsze spotkanie i chyba spodziewałem się czegoś innego. Sam nie wiem… jakiegoś dreszczyku na karku, przyspieszonego bicia serca (nie spowodowanego tym, że akurat ćwiczyłem), czy jakąś niepewnością — biorąc pod uwagę to, jak kreował się w mediach. Tymczasem nie poczułem nic specjalnego. Było to na zasadzie: „O, koleś, z którym się będę bił”. 
Nie poczułem nic poza tym i dodatkowo dotarło do mnie, że to on się bał. Ta jego agresja i niskich lotów odzywki wskazywały, że to był jego mechanizm obronny. 
— Zajmij się sobą — powtórzył Antek i bezczelnie go zignorował, odwracając się do niego plecami. 
Ja wstałem, bo poczułem, że nasz czas na tej siłowni dobiegł końca. To nie tak, że chciałem uciec. Po prostu stwierdziłem, że nie ma sensu mordować się z jakimś ciężko myślącym kretynem, który zamiast wykorzystać swój czas, będzie się starał zabrać mi mój.
— Tak jest! Uciekaj, pedale! — krzyknął, widząc jak siadam na skraju maty, aby założyć skarpetki i buty. Zignorowałem go, czując jeszcze większą satysfakcję z tego, że aż tak bardzo zależało mu na tym, aby mnie sprowokować. 
W tle usłyszałem, jak jego koledzy głupio zachichotali. 
— Głuchy jesteś? To się może, kurwa, wybierz na paraolimpiadę, a MMA zostaw prawdziwym facetom — zawyrokował, a jego kumple ryknęli śmiechem. 
— Wow… ale ty znasz mądre słowa — odezwał się Dawid, przybierając przesadnie zaskoczony ton.
Zapanowała chwilowa cisza. Walczyłem ze sobą, aby nie zerknąć na Tomka, bo dałbym sobie rękę uciąć, że właśnie z uszu leciała mu para, bo aż tak rozpaczliwie myślał nad jakąś ripostą. Z trudem się powstrzymałem.
— Ty, chyba dawno nie przeruchałeś swojego kolegi, bo za bardzo podskakuje — zwrócił się do mnie, a w jego głosie wyczułem coś na wzór dumy ze swoich słów.
— A to wszystko twoja wina. — Jastrzębski znowu się wtrącił. — Bo zbiera siły, żeby to ciebie w sobotę przeruchać — dodał z udawaną pretensją, a ja odwróciłem głowę w przeciwnym kierunku i schowałem twarz gdzieś w ramieniu. Byłem bardzo bliski od wybuchnięcia śmiechem.
Spokojnie Robert, wyobraź sobie, jak bardzo będzie wściekły, kiedy totalnie go zlejesz i zostawisz takiego rozjuszonego, bez żadnej satysfakcji, bo nie uda mu się ciebie sprowokować — powtarzałem sobie.
— Pierdol się — odpyskował bez zastanowienia Bryczewski, co oznaczało, że przegrywał w tym, w czym jest najlepszy — czyli w pieprzeniu bzdur. I sam zdawał sobie z tego sprawę.
— Nie no… już się poświęcę i zostawię Roberta tobie… — brnął Jastrzębski.
— Ty serio nie wiesz, kiedy powinieneś zamknąć mordę, co? — syknął Tomek.
— …ale spokojnie. Będzie dobrze, to boli tylko za pierwszym razem…
— Lepiej każ swojemu przydupasowi się zamknąć — zażądał ode mnie.
— …po prostu poddaj się chwili — zakończył mój przyjaciel, ewidentnie świetnie się bawiąc prowokowaniem mojego rywala.
— Jesteś jakiś, kurwa, opóźniony w rozwoju? — syknął do mnie Tomek, zagradzając mi drogę, kiedy już wstałem i byłem gotowy, aby opuścić to słowne pole bitwy. 
Opanowałem wszelkie emocje, jakie próbowały wkraść mi się na twarz i dopiero wtedy się odezwałem, używając tonu totalnie wypranego z uczuć. 
— Cóż, myślałem, że jednak jesteś trochę bardziej rozgarnięty i się domyślisz, ale skoro nie, no to się poświęcę i wyjaśnię — zrobiłem wymowną pauzę, patrząc mu prosto w oczy. — Nie, nie jestem opóźniony. Po prostu cię ignoruję. — Posłałem mu na koniec sztuczny uśmiech, po czym wyminąłem go z wysoko uniesioną głową. 
***
Późnym wieczorem leżałem w wannie z gorącą, prawie wrzącą, wodą. Pomimo iż nabrałem przez okres przygotowań mięśni i ogólnie trochę przybrałem na wadze, to o dziwo waga spadała w bardzo jednostajny sposób. Co było istotniejsze, czułem się przy tym całkiem dobrze — oczywiście na tyle dobrze, na ile mogłem się czuć w trakcie bycia odwodnionym i osłabionym. Ale nie kręciło mi się w głowie, nie miałem jakichś niespodziewanych napadów gorąca, nie czułem dziwnego mrowienia w mięśniach i nie byłem przesadnie opadnięty z sił. Byłem trochę głodny, spragniony i nie pogardziłbym porządną dawką snu, ale w skali od jednego do dziesięciu, biorąc pod uwagę to, jak mogłem się czuć w takim stanie, obstawiałbym mocną siódemkę. 
— Naprawdę? — zapytałem, chichocząc pod nosem, kiedy Dawid poinformował mnie z pokoju obok, że Bryczewski znowu opublikował coś na swoim portalu społecznościowym, komentując nasze dzisiejsze spotkanie, oczywiście przeinaczając fakty na swoją korzyść.
— Co za pierdolony desperat — bąknął pod nosem Jastrzębski, tak że ledwo go usłyszałem. W końcu ja wylegiwałem się w wannie, a mój przyjaciel znajdował się w pokoju, wylegując się na łóżku. 
— Boi się mnie — zawyrokowałem pewnie, przywołując jeszcze raz wyraz jego twarzy, kiedy go zlałem i zostawiłem totalnie skołowanego.
— Wkurwiłeś go — stwierdził. — Raczej jego byli przeciwnicy mu odpyskowywali, a tu pojawił się taki Kwiatkowski i jeszcze go wyśmiał — dodał.
— Jestem z siebie dumny, że wytrzymałem presję — wypowiedziałem swoje myśli na głos.
— I dobrze. Ale przyszykuj się, bo jutro na oficjalnym ważeniu na bank będzie próbował wszystkiego, aby cię tylko sprowokować — zauważył Dawid.
— Wiem — zapewniłem szybko. — Ale znowu się rozczaruje — dodałem z przesadną pewnością. — Nie wiem, co musiałby teraz powiedzieć, aby mnie wkurwić. Po tym co widziałem dzisiaj, ciężko mi go brać na poważnie — rzuciłem po kilku dodatkowych chwilach przemyśleń.
Cóż, wtedy jeszcze nie mogłem wiedzieć, jak daleko jest się w stanie posunąć Tomasz Bryczewski. 
***
Następnego dnia wstałem gdzieś dopiero około dwunastej. Czułem jak żołądek skurczył mi się z głodu, ale na szczęście Dawid i Antek robili wszystko, abym tylko zapomniał, jak desperacko potrzebowałem jakiegoś pożywienia. 
Zrobiłem ostatni trening, napiłem się dosłownie skromny łyczek wody i stanąłem na wagę.
— Siedemdziesiąt sześć, dziewięćset — rzucił na głos Antoni.  
— Idealnie — skomentował Dawid. — Podsłuchałem, że Bryczewskiemu brakuje dwieście gram, aby zmieścić się w limicie — dodał konspiracyjnym szeptem, na co ja tylko pokiwałem głową. Szybko przeliczyłem, że musiał ważyć w takim wypadku prawie siedemdziesiąt osiem kilogramów. Zasady MMA dopuszczały pół kilograma nadwyżki podczas ważenia, jeżeli oczywiście stawką pojedynku nie był pas mistrzowski. Poczułem jakąś taką satysfakcję, że ja już wywiązałem się ze swoich obowiązków, kiedy mój przeciwnik nadal musiał walczyć, by móc… walczyć. 
— Możesz w takim wypadku napić się jeszcze parę łyczków wody, tylko nie przesadź — poinformował mnie Antek, a ja z utęsknieniem przyjąłem od niego plastikową butelkę. 
Kiedy się nawadniałem, ktoś zapukał do naszego pokoju.
— Zobaczę, kto to — stwierdził Dawid i faktycznie poszedł otworzyć. 
— Jest Robert Kwiatkowski? — usłyszałem jakiś obcy głos i wyłoniłem się w krótkim korytarzu.
— O co chodzi? — zapytałem, zanim Jastrzębski zdążył zareagować.
— Cześć, ja z obsługi technicznej Cage Strikers. Przyjechało trochę reporterów i robią wywiady z niektórymi zawodnikami. Dopytywali, czy będziesz dostępny. Co mam im powiedzieć? — zapytał jakiś młody chłopak, a na jego twarzy malowało się coś na wzór zawstydzenia, że musi łazić po pokojach zawodników i pytać ich o takie pierdoły. 
— Spasuję. Dopiero po walce — zdecydowałem, na co chłopak tylko skinął grzecznie i się ewakuował. Spodziewałem się tego, że stanę się jakimś obiektem zainteresowań, jednak nie mogłem tam teraz pójść, żeby gadać z jakimiś dziennikarzami. Nie dlatego, że się bałem. Byłem zaskakująco spokojny o kwestie medialne, jednak było mi teraz tak dobrze… byłem w takim transie, byłem skoncentrowany i chciałem skupić się tylko na walce. W moim planie nie było obecnie nic poza nią. 
Wróciłem w głąb pokoju i włączyłem telewizor. Była dopiero trzynasta, a ważenie miało odbyć się o osiemnastej. Mieliśmy zatem jeszcze sporo czasu, więc trzeba było go jakoś zabić. I odwrócić uwagę mojego brzucha od jedzenia. 
Przez te wszystkie godziny rozpraszanie raz wychodziło lepiej, a raz gorzej. Obejrzeliśmy jakieś głupie talk-show, zadzwoniłem do Eryka, choć ten niespecjalnie miał czas rozmawiać, bo był w pracy, więc zadzwoniłem do Luizy. Podjąłem się takiego dramatycznego kroku, kiedy rozpraszanie szło mi gorzej. Przed nią na mojej liście był jeszcze Igor, ale do niego nie miałem numeru (a szkoda, bo istniała szansa, że on jakimiś chuligańskimi mądrościami faktycznie odwróciłby moją uwagę od bezczynności, na jaką byłem obecnie skazany). No dobra, na końcu listy był Julian, ale już bardziej prawdopodobne było, że nie wytrzymam i wpadnę w jakieś jedzeniowe szaleństwo, niż do niego zadzwonię.
Co prawda chłopak od tego ostatniego wyskoku faktycznie dotrzymał słowa i z powrotem zamienił się w nieszkodliwego szczeniaczka, jednak ja profilaktycznie pozostałem o wiele bardziej wycofany. Poza tym, nasza relacja jakoś niespecjalnie się zmieniła. Julek dołączył do mojej grupy jiu jitsu, a nasze indywidualne treningi zredukowaliśmy z dwóch do jednej jednostki tygodniowo.
Luiza, jak to Luiza, stanęła na wysokości zadania i gadała do momentu, aż to ja musiałem przerwać. Dowiedziałem się w trakcie tej rozmowy miliony totalnie nieprzydatnych informacji, począwszy od tego, że zauważyła jakąś odstającą nitkę na swoim ukochanym swetrze i skończywszy na tym, że była zmuszona użyć przyprawy do indyka, zamiast do kurczaka… kiedy robiła kurczaka. Nie pytałem o szczegóły. Na koniec przypomniała, a raczej nie pozwoliła mi zapomnieć, że przyjedzie jutro z jakąś tam swoją koleżanką i kolegą, a także z moim bratem, Markiem. 
W końcu się pożegnaliśmy, bo okazało się, że musimy powoli wychodzić do sali konferencyjnej hotelu, w której miało odbyć się ważenie. 
Więc zebraliśmy się, zabraliśmy jakieś najpotrzebniejsze rzeczy, takie jak woda, czy ręcznik i wreszcie udaliśmy się do wyznaczonego miejsca. 
Kiedy znaleźliśmy się na dole, ważenie już trwało. Nie przejąłem się tym specjalnie, bo dla odmiany walczyłem w trzeciej walce od końca, a nie od początku, tak jak ostatnio. Cóż, trashtalk mojego oponenta i mój homoseksualizm zdecydowały o tym, że nasza walka jest na tyle atrakcyjna, że zasługuje na miejsce gdzieś w okolicach walki wieczoru. Nie powiem, był to zaszczyt, jednak nie byłem jakoś nadmiernie szczęśliwy z tego powodu, bo wiedziałem, że nie stają za tym czysto sportowe pobudki.
Pięć minut po mnie na sali pojawił się Bryczewski. O dziwo nic do mnie nie powiedział, ale nie odmówił sobie obdarowania mnie nienawistnym spojrzeniem. Zignorowałem je, choć zauważyłem, że nie wyglądał najlepiej. Był ewidentnie wycieńczony i miał zapadnięte policzki. Widocznie jego zbijanie wagi nie poszło tak gładko. W sumie nic w tym dziwnego, bo kiedy widziałem go wczoraj, wyglądał na o wiele bardziej napompowanego. Najwyraźniej zostawił sobie cięcie kilogramów na ostatnią chwilę, co chyba nie było najlepszym pomysłem. Wzruszyłem na to wszystko mentalnie ramionami, bo w końcu to nie był mój problem. Był tu, więc chyba był zdolny do walki i chyba zrobił wagę. To było najistotniejsze.
Po kilkunastu minutach kolejka się w końcu zredukowała i nadszedł czas mojego ważenia. 
— Zapraszamy Roberta Kwiatkowskiego! — wywołał mnie prezenter, więc spokojnie wyszedłem zza ścianki i dostałem się na podest. Przełknąłem ślinę, kiedy zaatakował mnie błysk fleszy, ale nie pozwoliłem sobie na to, aby stracić rezon. Byłem zaskoczony ilością mediów, bo na mojej pierwszej gali było ich znacznie miej. To mnie jednak nie zraziło. Przybrałem najbardziej neutralną minę, na jaką było mnie stać i zacząłem zdejmować z siebie ubranie. 
W sumie zdjąłem tylko t-shirt i adidasy, bo wiedziałem, że i tak miałem spory zapas, więc nie było sensu kłopotać się ściąganiem spodni. 
Stanąłem na wagę i poczekałem chwilę, aż wynik zostanie spisany.
— Siedemdziesiąt siedem i sto! — przekazał prezenter, a ja zapozowałem jeszcze przez moment z uniesioną pięścią, po czym zszedłem z wagi i przeszedłem na drugi kraniec podestu, gdzie stał Sławek Mierzejewski, który jak zwykle przywitał mnie szerokim uśmiechem i podał mi rękę.
W międzyczasie został wywołany mój rywal.  
Bryczewski wszedł na podest w towarzystwie swoich kolegów, rozebrał się do bokserek i wszedł na wagę, a kiedy już się na niej znalazł, koledzy zasłonili go ręcznikiem i wtedy ściągnął ostatnią część garderoby. Dopiero wtedy sczytano wynik.
—  Siedemdziesiąt siedem i pięćset! — krzyknął prowadzący, a Tomasz zaczął zakładać bokserki. 
Kiedy już je założył, wyminął dziarskim krokiem swoich koleżków i podszedł do mnie bardzo agresywnie, przełamując umowną granicę przestrzeni osobistej.  
Naparł na mnie brutalnie, próbując sprowokować mnie do jakiejś reakcji, jednak ja poza postawieniem oporu przed dalszym przepychaniem, nie zrobiłem nic więcej.
Bryczewski zaczął zabijać mnie wzrokiem. Był ode mnie niższy, ale najwyraźniej w niczym mu to nie przeszkadzało. 
Patrzyłem mu w oczy bez żadnych emocji, słysząc w tle błyski fleszy. 
— O jednego pączka za dużo? — zapytałem po kilku sekundach mimowolnie, nawiązując do tego, że mój przeciwnik kilka dni wcześniej wstawił na swojego fanpejdża zdjęcie deseru, który stanowił wspomniany przeze mnie pączek. Nie mogłem się powstrzymać od tego komentarza, kiedy okazało się, że Bryczewski miał spore problemy ze zrobieniem wagi. 
— Ciebie ewidentnie uratowało ruchanie w dupę — stwierdził, choć nie za bardzo wiedziałem, co miał na myśli. Że niby seks był niczym sport i spalał kalorie? 
— Ty ewidentnie wyglądasz, jakbyś miał w niej kij, więc może zamień go na kutasa? — zaproponowałem, znowu nie mogąc powstrzymać się przed ripostą. Zresztą i tak wydawało mi się to być niewinnym trashtalkiem. 
Bardzo się pomyliłem.
Bryczewski obdarował mnie wściekłym spojrzeniem, że w ogóle mam czelność insynuować mu jakieś homoseksualne podteksty, odsunął się nieznacznie i… opluł mnie. 
Tak po prostu.
Charknął obrzydliwie i napluł mi prosto w twarz. 
— Hej! — zawołał gdzieś w tle Sławek. — Pojebało cię?! — syknął do niego tak, aby nikt nie usłyszał i prewencyjnie go odepchnął.
Ja stałem jeszcze przez moment w totalnym osłupieniu, nie wiedząc za bardzo, jak mam zareagować, aż w końcu mój pracodawca pociągnął mnie, sprowadzając z podestu. 
— Jezu, przepraszam, Robert! — zaczął natychmiast, kiedy ja wreszcie się ocknąłem i otarłem ręką twarz, wycierając z niej ślinę Tomka. — Już ja sobie z nim porozmawiam. Nie przejmuj się. Kara będzie dotkliwa — obiecał, po czym się zmył, zostawiając mnie w towarzystwie Antka i Dawida, którzy zaraz odnaleźli mnie za kulisami.
— Wszystko w porządku? — zapytał Dawid, a ja tylko obdarowałem go zdezorientowanym spojrzeniem.
— Co się właśnie stało? — zapytałem głupio. To znaczy, ja doskonale wiedziałem, co się stało, ale w moim umyśle była pustka, jeżeli chodziło o jakieś racjonalne wytłumaczenie tej pochrzanionej sytuacji. Zdawałem sobie sprawę, że Bryczewski raczej nie grzeszył inteligencją, jednak oplucie drugiego człowieka wydawało mi się zagrywką zbyt niską, nawet jak na niego. Dlatego natychmiast zacząłem doszukiwać się jakiegoś drugiego dna. Może to była jakaś sztuczka? Może to było zaplanowane i chciał tym coś osiągnąć? 
Im dłużej nad tym rozmyślałem, tym bardziej dochodziło do mnie, że Bryczewski… był po prostu idiotą. Na pewno tego nie przemyślał i z pewnością nie był to żaden rodzaj prowokacji. On zwyczajnie dał się sprowokować mnie, mimo iż na tle tego, co wypisywał przez te dwa miesiące, moja riposta brzmiała niczym komplement. 
Wniosek był prosty. On był zwyczajnie kretynem. 
***
Po jakichś dwóch godzinach, kiedy internet grzmiał już na temat tego kuriozalnego zachowania Tomka, zadzwonił do mnie Sławek.
— Robert, jest mi cholernie przykro, to nie powinno mieć miejsca… — zaczął, jednak mu przerwałem.
— Daj spokój, nie mogłeś tego przewidzieć — usprawiedliwiłem go.
— Nie, nie. To nie może przejść bez konsekwencji. Jak będziesz miał chwilę, zajrzyj do mojego pokoju. Omówimy to na spokojnie — zaoferował.
— Zjem coś i wpadnę — obiecałem.
I stało się tak, jak zapowiedziałem. Jedzenie było jednak większym priorytetem niż jakiś tam zawodnik, który mnie opluł. Więc wpierw skonsumowałem swoją kaszę z kurczakiem i warzywami, i po około czterdziestu minutach udałem się do pokoju mojego pracodawcy. 
— Zapraszam — przywitał mnie Sławek i gestem ręki nakazał się rozgościć. — Coś ci podać? — zapytał przyjaźnie. Aż zbyt przyjaźnie, co nie uszło mojej uwadze. 
— Nie, dzięki. Chciałem porozmawiać. — Przeszedłem od razu do konkretów.
— Tak — potwierdził. — Brak mi słów na zachowanie Tomka. Dorosły facet, który uważa się za prawdziwego sportowca, nigdy nie powinien zachować się tak skandalicznie — zapewnił mnie.
— No trochę słabe to było — przyznałem.
— Nawet nie chcę sobie wyobrażać, co poczułeś — zaczął pobłażliwie.
Nie odpowiedziałem, bo wbrew pozorom, nie poczułem się jakoś strasznie poniżony. Zszokowany, jasne… bo to nie było normalne zachowanie, nawet w wykonaniu kogoś takiego jak Bryczewski, ale poniżony? Nie. Najprawdopodobniej wynikało to z tego, bo wiedziałem, że to przesłanie Tomka nie stanowi przesłania jakiejś większej masy, a zwyczajnie jest wynikiem strachu i bezradności. No bo co miał niby zrobić, kiedy jakiś pedał oskarża go o jakieś pedalskie czyny? Teoretycznie każdy normalny człowiek wymyśliłby setki innych rozwiązań w zastępstwie za oplucie… ale to był Bryczewski. Od niego nie można było wymagać zbyt wiele.  
— Musimy wyciągnąć z tego jakieś konsekwencje — zaczął. — I pomyślałem, że będzie sprawiedliwie, jeżeli ty zdecydujesz, co chcesz z tym zrobić — zaproponował, a moja prawa brew poszybowała w górę. Poczułem się zaintrygowany.
— A jakie mam opcje? — zapytałem.
— Cóż… — rzucił, przeciągając i splótł dłonie, kładąc je na stoliku, przy którym usiedliśmy. — Przygotowałem dwa scenariusze. Od razu domyślisz się, co jest nam bardziej na rękę, ale w tym momencie nie czuj się w żaden sposób zobowiązany — powiedział, a ja mimo wszystko poczułem, że za bardzo nie będę miał wyboru. To był po prostu biznes.
— Słucham.
— Opcja numer jeden: rezygnujesz z walki, ale dostajesz przy tym pełne wynagrodzenie — zaoferował, a ja ponownie poczułem się zaintrygowany. Na porządku dziennym było, że walki nie dochodziły do skutku. Powodów mogło być wiele: kontuzja, jakaś wpadka dopingowa… ale nigdy nie płacono zawodnikom za odwołaną walkę. Domyślałem się, że moja sytuacja niekoniecznie wpasowywała się w jakiekolwiek normy, jednak mimo wszystko było to zaskakujące. Cóż, Cage Strikers najwyraźniej chciało mnie zatrzymać i zarobić na mnie kasę, więc to prawdopodobnie dlatego złożyli mi taką ofertę.
A przynajmniej myślałem tak do momentu, w którym Sławek złożył mi alternatywną propozycję.
— A druga opcja?
— Mimo wszystko weźmiesz walkę… i zgarniesz połowę wypłaty Bryczewskiego, bez względu na wynik. Jak wygrasz, oczywiście zgarniesz też bonus — zaoferował z podtekstem, jakby już wiedząc, na którą opcję się zdecyduję.
No i skurczybyk miał rację. Nie miałem przecież żadnego interesu, aby się wycofywać. I tu nawet nie chodziło o kasę. Po prostu było mi szkoda tych przygotowań i tego, że stracę szansę na zbudowanie rekordu. Tym bardziej, jeżeli byłem pewny swojej wygranej. To może i brzmiało naiwnie, ale ja naprawdę wierzyłem, że mam to. Podczas debiutu odczuwałem jakiś stres i ogarniała mnie niepewność… ale teraz byłem dziwnie spokojny. Upewniał mnie w tym choćby Tomasz, który swoim zachowaniem dawał mi do zrozumienia, że wcale mnie nie lekceważy i po prostu się mnie obawia.
— A co on na to? — zapytałem jeszcze.
— A jak myślisz? — odpowiedział pytaniem na pytanie Sławek.
Bryczewski przecież też z pewnością włożył mnóstwo energii w przygotowania… no i jeżeli miał do wyboru pół wypłaty… albo wcale, cóż, oczywiste było, że jest gotowy stawić się jutro w klatce. Tym bardziej, że jego jedyną szansą na zreflektowanie się po dzisiejszym wyskoku było pokonanie mnie. Może i był głupi, ale nie aż tak. Musiał podjąć ryzyko, bo nie miał już nic do gadki. Sam się wyeliminował.  
— Okej, zróbmy to — odpowiedziałem spokojnie, a Sławek uśmiechnął się szeroko. 
— Już to kiedyś mówiłem, ale powtórzę. Dobrze się z tobą robi interesy, Robert — odparł i wyciągnął dłoń, aby przypieczętować naszą umowę.
_____________

Straszny mi dinozaur wyszedł z tego rozdziału, a kolejny będzie jeszcze dłuższy, natomiast rozdziałem jedenastym pobiłam rekord długości. 
Ale chyba lepiej jak jest więcej niż mniej, prawda? :)
Też tak myślę, ale trochę mi smutno, bo wydaje mi się, że coraz Was tu mniej. 
No to może tym razem odezwiecie się liczniej i napiszecie mi na przykład, jak Waszym zdaniem przebiegnie walka (no bo teraz to już tylko jakaś katastrofa mogłaby ją udaremnić)? Czy Robert nie jest zbyt pewny siebie? Myślicie, że to go zgubi? A może pokona swojego "oprawcę"?
Ode mnie dziś to tyle, widzimy się standardowo za tydzień :)