10 grudnia 2017

Rozdział 20

Perfekcyjny nieporządek.

Raczej nie uważałem siebie za wybitnego geniusza, jednak potrafiłem obiektywnie oceniać, na co mnie stać. Najprościej mówiąc, potrafiłem dostrzegać własne talenty i mocne strony. Byłem całkiem niegłupi, miałem dobry refleks, potrafiłem walczyć, raczej dotrzymywałem danego słowa… czy potrafiłem udawać, że wszystko jest w jak najlepszym porządku. 
Wystarczyło trzy dni, abym wkręcił się w rutynę przygotowań do walki i zepchnął wszystko inne na dalszy plan. I to całkiem świadomie. Co w tym wszystkim było najśmieszniejsze, to fakt, że i Eryk jakoś nie garnął się do zagłębiania w problemy w naszym związku. 
Póki co, żaden z nas nie miał pomysłu, by jakoś je rozwiązać, więc poszliśmy po najmniejszej linii oporu i postanowiliśmy uznać, że wszystko jest w porządku. 
Podejrzewam, że obydwaj zdawaliśmy sobie sprawę z tego, że to prawdopodobnie zgubna taktyka i obydwaj czekaliśmy… aż coś w końcu pierdolnie. 
To nie tak, że coś się psuło w naszym związku. Psułem się ja i psuł się Eryk i to właśnie w tym tkwił szkopuł. Nie mieliśmy jakiegoś kłopotu, który stricte wynikał z naszej relacji. Nie chodziło o zdradę, nie chodziło o różnice charakterów, czy chorobliwą zazdrość. Chodziło o to, że ja miałem jakiś problem i Eryk miał jakiś problem… i po prostu te problemy powstrzymywały nas od zdrowego funkcjonowania. 
Dużo łatwiej byłoby przecież zrobić coś dla Eryka. Dużo łatwiej byłoby poświęcić coś dla niego. Niekoniecznie prosto było zrobić coś dla siebie. A dopóki obaj nie wiedzieliśmy, jak mamy zmienić siebie, nasze problemy nie mogły magicznie wyparować.
Nie miałem zielonego pojęcia, jak mam zluzować poślady i tak po prostu nie szukać w każdej napotkanej osobie potencjalnego zdrajcy, który będzie chciał mnie zdyskredytować na forum publicznym, tak samo jak Eryk nie potrafił nagle przestać być taką Zosią Samosią i świrem na punkcie kontroli wszystkiego, co tylko go dotyczyło. 
Już za dobrze wiedzieliśmy, czym takie starcie naszych problemów mogło się skończyć. Eryk zaczynał kombinować i manipulować, a ja rozdawałem darmowy wpierdol. To cud, że w takich okolicznościach jeszcze się nie pozabijaliśmy. Jeszcze…
I to było strasznie chujowe, bo uwielbiałem tego faceta. Ja należałem do niego, a on do mnie i to było, kurwa, zapisane w gwiazdach. Byłem w stanie zrobić dla niego naprawdę wiele… ale aby móc zrobić coś dla niego, musiałem wpierw zrobić coś dla siebie, a to stawiało mnie w punkcie wyjścia. 
Może to wcale nie było tak, że to wszechświat sprzysiągł się przeciwko nam. Może po prostu dawał nam sygnały, że to nie ta jedyna miłość na całe życie. Ale z drugiej strony coś nam ciągle kazało to ciągnąć i nie odpuszczać, choć dla niektórych mogliśmy nie mieć już sensu. 
A co jeśli ten brak sensu stanowił cały sens? Może do funkcjonowania nie potrzebowaliśmy stabilności? Może mogliśmy być tą parą, która funkcjonowała przez to, że była dysfunkcyjna?
Taaa… chyba nie byłem jednak do końca normalny, skoro przez myśl mi przeszło, że może nam się udać, bez naprawiania czegokolwiek. 
To właśnie takie spektrum przemyśleń, od tych całkiem racjonalnych, do tych kompletnie oderwanych od rzeczywistości, zaprowadziło mnie do takiego stanu, w którym postanowiłem wyżalić się… Julianowi. 
I kurwa, nie wiem co mnie do tego podkusiło, ale gdy po naszym indywidualnym treningu czekałem na własny, a Julek zapytał, czy wszystko ze mną w porządku, z jakiegoś powodu nie potaknąłem posłusznie, tylko westchnąłem ciężko i usiadłem pod ścianą, wyciągając przed siebie nogi. Mój podopieczny szybko do mnie dołączył i dał do zrozumienia, że on też raz dla odmiany może mi zaoferować mentalne wsparcie. 
Cóż… więc język mi się trochę rozwiązał, ale i tak nie powiedziałem mu nic konkretnego. Skupiłem się głównie na tym, że to ja mam problem, a Eryka sprytnie w tych wyjaśnieniach pomijałem. Nie chciałem od chłopaka porad sercowych, to w końcu ja miałem na koncie sześcioletni staż w związku. Chyba chciałem się po prostu wygadać.
— A jakie są realne szanse, że ktoś mógłby ci chcieć zaszkodzić i wrzucić informację o twojej orientacji na przykład do neta? — zapytał, a ja odpowiedziałem wzruszeniem ramion.
— Jak mam lepszy moment, to wydaje mi się, że mam wszystko pod kontrolą i raczej nic co robię, nie powinno nikogo do takich wniosków doprowadzić. Ale czasami wystarczy, że jakaś przypadkowa osoba spojrzy na mnie krzywo, gdy robię zakupy w spożywczaku i już zaczynam panikować, że „on o mnie wie” — wyjaśniłem i parsknąłem po chwili, zdając sobie sprawę z tego, jak niedorzecznie to brzmiało.
— Wiesz, że takie myślenie może cię doprowadzić do szaleństwa? — zapytał retorycznie.
— Może po prostu mam za słabą psychikę, aby sobie z tym radzić… Eryk miał rację — rzuciłem zrezygnowany.
— No coś ty! Twój chłopak serio ci coś takiego zasugerował? — zdziwił się, a na jego twarzy dostrzegłem oburzenie.
— Nie… po prostu zauważył, że skoro już teraz mnie to przeraża, to co się stanie, gdy faktycznie zacznę osiągać jakieś poważne sukcesy i stanę się rozpoznawalny… — wytłumaczyłem, po czym zmarszczyłem brwi. — Dobra, dokładnie to zasugerował — zmieniłem zdanie po przemyśleniach.
— Nie obraź się… ale to mega chujowe z jego strony, że mówi ci takie rzeczy. Powinien cię wspierać — wyraził swoją opinię.
— I wspiera — zastrzegłem szybko. — A to było czystym stwierdzeniem faktu — dodałem.
— No ale chyba nie zamierzasz się poddać? — zapytał jakby z obawą.
— Nie wiem… chyba nie. A przynajmniej na razie nie — stwierdziłem. 
— Nie możesz się poddać! Jesteś super facetem i zasługujesz na tytuł mistrza — powiedział z pełnym przekonaniem.
— Wcale nie jestem aż taki fajny, jak ci się wydaje — rzuciłem ze słabym uśmiechem.
— Nie uwierzę — stwierdził pewnie.
W tym momencie zapaliła mi się żółta lampka, bo zobaczyłem te maślane oczy  Julka i dotarło do mnie, że powinienem natychmiast przerwać naszą rozmowę.
— Dobra, spadaj do domu, a ja powoli zabieram się za trening — zarządziłem. Chłopak natychmiast spochmurniał i wyglądał na zawiedzionego, jednak nie miałem litości. Ledwo utrzymywałem własny związek w ryzach i ostatnie czego potrzebowałem, to kolejne rozproszenie. 
— Zawrzyjmy umowę — rzucił nagle, kiedy już w zasadzie odszedł ode mnie kilka metrów. Cofnął się szybko, a ja popatrzyłem na niego zdziwiony.
— Umowę? — powtórzyłem dla pewności.
— Ciągle powtarzasz, że we mnie wierzysz i uważasz, że poradzę sobie w twojej grupie jiu jitsu — zaczął, a ja przytaknąłem, bo wszystko się zgadzało. — Więc teraz ja ci mówię, że wierzę w ciebie i wiem, że poradzisz sobie ze wszystkimi przeciwnościami — dodał tajemniczo, po czym zrobił wymowną przerwę. — Co ty na to, żebym ja uwierzy tobie, a ty mnie? — zapytał, na co ja zmrużyłem oczy. — Ja dołączę do twojej grupy, jeśli ty obiecasz, że się nie poddasz i będziesz dalej walczył — sprecyzował i popatrzył na mnie z nadzieją.
A to cwana bestia! Wiedział, że jeżeli się wycofam, to dam sygnał, że wcale nie uważam, że radzi sobie tak dobrze. 
Westchnąłem w geście kapitulacji, a Julian uśmiechnął się tryumfalnie.
— Niech będzie — rzuciłem niby obojętnie i uścisnąłem jego dłoń, co miało przypieczętować nasz pakt. Dopiero potem Julian odwrócił się na pięcie i odszedł w towarzystwie dobrego humoru.
Pokręciłem głową z niedowierzaniem i ruszyłem przywitać się z dwoma kumplami, którzy akurat zjawili się na macie.
***
Tuż po treningu nie udałem się od razu do domu, bo Dawid namówił mnie na wspólną wyżerkę w sushi barze, w którym miał jakiś bon do wykorzystania, czy coś w tym stylu. Cóż, darmowego jedzenia się nie odmawiało, więc napisałem Erykowi, że wrócę później i w towarzystwie Jastrzębskiego udałem się do centrum.
W trakcie posiłku nie rozmawialiśmy za wiele, jednak nie dlatego, że nie mieliśmy o czym, a dlatego, że żarcie było aż tak fantastyczne, że zasługiwało na pełną uwagę i celebrację najwyższego stopnia. Dopiero po kilkunastu minutach, gdy obaj wyszliśmy z lekkiego rozmarzenia, zaczęliśmy pogawędkę. 
— Tak totalnie obiektywnie, myślisz, że mam szansę z Bryczewskim? — zapytałem luźno.
Dawid najpierw upił łyk ze swojej szklanki i dopiero odpowiedział.
— Myślę, że jak najbardziej. Trochę mam wrażenie, że wypadł z formy. Chyba już pokazał wszystko, co miał najlepsze. Będzie zdesperowany, żeby nie przegrać piąty raz z rzędu, a to może sprawić, że będzie nierozważny. Poza tym, obaj dobrze wiemy, że wypompuje się już po pierwszej rundzie. Jak przetrwasz jego napór, to zwycięstwo będziesz miał na wyciągnięcie ręki — podsumował. 
— Kondycję ma chujową, to fakt, ale te jego cepy… — zrobiłem wymowną pauzę. — Nie chciałbym zostać przez niego znokautowany — dokończyłem. 
— Jesteś szybki, nie trafi cię — stwierdził. — Nie spinaj dupy, do grudnia go rozpracujemy — dodał z pokrzepiającym uśmiechem, na co tylko skinąłem, bawiąc się tekturową podkładką pod szklankę. — I jak tam z tym Krystianem? Siedzi cicho, czy mam zacząć zbierać ekipę, bo szykujemy dla niego wpierdol? — zagadnął, szczerząc się, na co i ja odpowiedziałem śmiechem. 
Zdążyłem już wspomnieć Dawidowi o tej nieszczęsnej wpadce z wesela. Jego żarty o tym, że w razie czego pojedziemy napierdolić Krystianowi podnosiły mnie na duchu. I to nie dlatego, że cieszyłem się z ewentualnego wsparcia w bójce, ale dlatego, że takimi tekstami pokazywał, że jest po mojej stronie. Odkąd zacząłem na poważnie bawić się w MMA, odniosłem wrażenie, że zbliżyliśmy się z Dawidem. Zawsze byliśmy dobrymi ziomkami, ale teraz wytworzył się między nami prawdziwy bromance. 
— Marek twierdzi, że cisza w eterze, więc chyba sobie odpuścił — odparłem, gdy się już uspokoiłem. 
— No to dobrze. A jak tam z Erykiem? — zagadnął zwyczajnie.
— Hmm… powiedziałbym, że chujowo, ale stabilnie — wytłumaczyłem zdawkowo. Z Dawidem gadałem o wielu sprawach, ale jakoś nie potrafiłem z nim otwarcie rozmawiać o moich związkowych problemach. Zresztą z nikim nie potrafiłem o nich rozmawiać. Jastrzębski jednak nie był ślepy i widział, kiedy przychodziłem do Spartakusa wkurwiony, więc kiedy pytał co się stało, to rzucałem zdawkowo, jak teraz, że miałem sprzeczkę z Erykiem. Nie wyjawiałem detali. 
— Ale wiesz… tak bardziej chujowo… czy stabilnie? — zapytał niezręcznie, na co zmarszczyłem ze zdezorientowania brwi.
— Nie mamy w planach rozstania, ale jednocześnie nie biegniemy wzdłuż tęczy. Czemu pytasz? — zapytałem wprost.
— No… będziesz w stanie skupić się w stu procentach na walce? — wyjawił się w końcu.
— Tak — odpowiedziałem pewnie, choć wewnętrznie oczywiście poczułem sprzeczny sygnał. Za chuja nie wiedziałem, co będzie do grudnia. Dzisiaj, mimo małych wątpliwości, byłem w stanie walczyć i to chyba był najlepszy przepis na przeżycie, czyli małymi kroczkami do celu. 
— To dobrze — odparł jakby z ulgą. — Szkoda by było, gdybyś przez jakieś prywatne problemy zjebał sobie karierę — dodał. 
— Nie wiem, czy można mówić w tym momencie, że robię karierę, ale i bez problemów byłbym w stanie ją zjebać. Jedna wygrana walka nie oznacza, że zaraz wyląduję w UFC i stanę się mistrzem — odparłem samokrytycznie. 
— Każdy mistrz kiedyś zaczynał — rzucił filozoficznie, a ja zaśmiałem się pod nosem.
— Jasne, fajnie jest pomarzyć, ale jak mam być szczery, to moim realistycznym celem jest po prostu bycie solidnym zawodnikiem, który jest w stanie utrzymać się z samego walczenia — wyznałem. — Poza tym, i do ciebie niedługo ktoś się odezwie — zmieniłem temat.
— Ta, jasne… — bąknął, parskając pod nosem.
— Jak to jest, że masz tyle wiary we mnie, a nie wierzysz w siebie? — Tym razem to ja porwałem się na filozoficzne pytanie.
— Chyba po prostu łatwiej jest pomóc komuś w osiągnięciu celu, niż samemu zebrać determinację i dążyć do własnego — odparł, wzruszając ramionami.
— Coś o tym wiem… — przyznałem, wzdychając. Dawid postanowił zaangażować się w rozwój mojej kariery, zamiast rozwijać swoją, tak jak ja pragnąłem ratować swój związek z Erykiem, nie potrafiąc zacząć od wewnętrznej zmiany, bez której moja misja ratunkowa była raczej bezcelowa. 
Zamilkliśmy na moment. Ja na powrót zacząłem bawić się kawałkiem tektury, a Jastrzębski coś sprawdzał w swoim telefonie. 
W pewnym momencie zauważyłem, jak jego mina staje się poważniejsza z milisekundy na milisekundę, aż w końcu spojrzał na mnie z przerażeniem.
— Co? — zapytałem, już odczuwając wewnętrzny niepokój.
— Robert… — wyszeptał jedynie słabo. — Tak mi przykro… — dodał, po czym przesunął swojego smartfona w moim kierunku. 
Przez chwilę patrzyłem z lękiem na mojego towarzysza, nie mając odwagi spojrzeć na wyświetlacz, bo wiedziałem, że cokolwiek tam zobaczę, będzie cholernie złą wiadomością. 
Przełknąłem ślinę i przełamawszy się, spojrzałem w dół.
W pierwszej sekundzie w oczy rzuciło mi się zdjęcie moje i Eryka. Zwyczajne selfie sprzed paru tygodni, na którym siedzieliśmy rozwaleni na kanapie. Ja szczerzyłem się do obiektywu, obejmując przy tym ramieniem Demińskiego, a ten z wyraźnym uśmiechem wtulał nos w mój policzek. Nie było to przesadnie gejowskie ujęcie, ale i tak nie pozostawiało złudzeń. 
Najpierw w ogóle nie załapałem, o co chodziło. Skąd niby Dawid miał nasze selfie, które zrobiłem? Dopiero gdy dotknąłem palcem wyświetlacza, z góry zjechał pasek z adresem strony internetowej. Był to portal z newsami ze świata sportów walki.
I wtedy odkryłem, że zdjęcie nie znajdowało się w prywatnej galerii Jastrzębskiego, tylko było umieszczone na stronie internetowej. 
Przesunąłem palcem w dół i ukazał się przede mną tytuł artykułu.
„Nowy przeciwnik Bryczewskiego jest gejem!” 
— Ale… jak? — zapytałem głupio i spojrzałem zdezorientowany na Dawida. Wpatrywał się we mnie dużymi oczami i zakrywał usta dłońmi, opierając łokcie o stolik. — Skąd to masz?! 
— Grzesiek wysłał mi linka — odparł sucho. 
Nie powiedziałem nic więcej. Nie wiedziałem, co mam powiedzieć, bo nawet nie wiedziałem, co mam myśleć. 
Zjechałem jedynie niżej palcem i zacząłem czytać krótki tekst.
„Robert Kwiatkowski (25 l.) z białostockiego „Spartakusa” we wrześniu zadebiutował w profesjonalnym MMA na gali Cage Strikers 11 w Olsztynie. Nie mógł sobie wymarzyć lepszego startu, bo jego nietypowy nokaut na Kamilu Zawadzie z pewnością przejdzie do historii. 
Zaledwie parę dni temu włodarze Cage Strikers ogłosili kolejny pojedynek tego zawodnika. Chyba nikt nie spodziewał się, że w swojej drugiej walce Białostoczanin będzie miał za zadanie zmierzyć się na grudniowej gali, która odbędzie się w Poznaniu, z byłym mistrzem FLN w kategorii półśredniej — Tomaszem Bryczewskim (29 l.).
Najwyraźniej Kwiatkowski lubi szokować, bo po fantastycznym debiucie i zaskakującym drugim przeciwniku, postanowił publicznie pokazać… swojego chłopaka.
Myślicie, że to dobry ruch z jego strony? Z pewnością homoseksualizm jest ogromnym tematem tabu w świecie MMA i jak do tej pory, nikt nie odważył się na taki ruch. 
Nam pozostaje mieć nadzieję, że zawodnik z Białegostoku skupi się na swoich przygotowaniach i da dobre show w Poznaniu.”
Po przeczytaniu zjechałem instynktownie do sekcji komentarzy, ale przestało mi się chcieć je czytać dosłownie po jednym.  
„Gej w MMA? Przecież cioty nie potrafią się bić!”
— Skąd oni w ogóle wzięli to zdjęcie?! — rzuciłem niespodziewanie, czując, jak nachodzi mnie jakiś atak paniki. Chyba w życiu tyle myśli nie przebiegało jednocześnie przez moją głowę, co w tym momencie.
— Nie wiem stary… może ten Krystian ma coś z tym wspólnego? — przypomniał sobie nagle Dawid.
— To musiał być on. — Przytaknąłem szybko. — Kurwa… — syknąłem pod nosem. — Jestem skończony. Rodzicie się mnie wyrzekną, media mnie zjedzą i nikt już w życiu nie będzie chciał ze mną walczyć… — zacząłem wymyślać.
— Przestań! — warknął Dawid. — To chujowy moment, ale nie będzie z tego aż takiej tragedii, zobaczysz…
— Nie będzie tragedii?! — przerwałem mu ze złością. — Wiesz co zrobi ze mną teraz Bryczewski? Myślisz, że pedał jest dobrą partią aby promować organizację? Przecież wszyscy będą gadać teraz tylko o tym. Już nie będę Robertem Kwiatkowskim, tylko „tym pedałem co się bije” — wyjaśniłem mój punkt widzenia.
— Myślę, że przesadzasz. Ludzie sobie pogadają, ale potem będą mieli to w dupie. Ważne, żebyś teraz zrobił swoją robotę i pokonał Bryczewskiego — zasugerował.
— Ty zakładasz, że do tej walki teraz dojdzie? — spytałem i parsknąłem z niedowierzania.
— A czemu miałoby nie dojść? Najgorsze co mógłby ten kretyn teraz zrobić, to się wycofać… — Dawid zamilkł momentalnie i zamrugał, jakby sobie z czegoś zdał sprawę. — Czekaj… nie zamierzasz się chyba wycofać?! — zapytał skonfundowany.
— A mam lepsze wyjście? — zapytałem, wzruszając bezradnie ramionami. Czułem, jak zaczynają przebiegać mnie nieprzyjemne dreszcze.
— Każde jest lepsze od tego! — Dawid wyraźnie się wściekł. — Nie możesz teraz…
— Muszę już iść — przerwałem mu, wstając. 
— Robert… — rzucił do mnie, uspokajając głos. Brzmiał na zmartwionego.
— Dzięki za kolację i w ogóle… odezwę się — mówiłem, jednocześnie podnosząc się z krzesła i zgarniając z oparcia kurtkę. Nie pozwoliłem, aby Jastrzębski coś więcej dodał, tylko po prostu szybko się ewakuowałem. 
Gdy wychodziłem, przeciskając się między stolikami, miałem wrażenie, że wszyscy na mnie patrzą. Ostatni głos rozsądku podpowiadał, że to pewnie dlatego, że niemal wybiegam stąd jak furiat, ale w głowie zakiełkowała myśl, że oni pewnie też już wiedzą.
Wskoczyłem pospiesznie do swojej Toyoty i przypomniałem sobie, że w torbie sportowej, która teraz leżała na tylnym siedzeniu, zostawiłem telefon. Coś mnie tknęło aby sprawdzić powiadomienia, więc wychyliłem się by wygrzebać urządzenie. Kiedy już znalazło się w mojej dłoni i odblokowałem wyświetlacz, natychmiast dostrzegłem kilkanaście nieodebranych połączeń i kilka wiadomości. Nawet nie miałem siły tego wszystkiego sprawdzać. 
Czyli jednak mi się nie przyśniło. 
Miałem ochotę się rozpłakać.
Westchnąłem niezwykle ciężko i uruchomiłem silnik, uprzednio odrzucając smartfona na siedzenie obok, a potem wyjechałem z parkingu. 
Nie miałem zielonego pojęcia co ze sobą zrobić, więc uznałem, że jedyną, choćby najmniejszą ulgę przyniesie mi w tej chwili Eryk, kiedy tylko się w niego wtulę i rozpłaczę w ramię jak dziewczynka. 
To wszystko co we mnie ostatnio narastało i czego tak panicznie się obawiałem, ziściło się. Zupełnie jakby przyśnił mi się koszmar, z tą różnicą, że trwał nawet po przebudzeniu. 
Czy to była jakaś kara? Za to że byłem ostatnio zbyt wielkim ignorantem? Albo za to, że dbałem wyłącznie o własny biznes? Czy coś mi umykało? Czy skrzywdziłem kogoś bezwiednie i teraz dopadała mnie karma? 
Po kilkunastu minutach dotarłem na osiedle i jak w transie przetransportowałem  się do mieszkania. Kiedy tylko otworzyłem drzwi i wszedłem do środka, Eryk czekał na mnie w korytarzu. Miał cholernie zatroskaną minę. 
— Martwiłem się — rzucił cicho, obserwując jak niemal katatonicznie ściągam z siebie kurtkę i buty.
— Zostawiłem telefon w torbie — wyjaśniłem ledwo słyszalnie. 
Kiedy po zdjęciu wierzchnich ubrań byłem gotowy do wejścia w głąb mieszkania, nie mogłem się ruszyć. Po prostu stałem z opuszczonymi ramionami i wpatrywałem się bez słowa w ukochanego. 
Posłał mi ciepły uśmiech i po kilku sekundach podszedł do mnie i przyciągnął do uścisku. Niemal natychmiast schowałem nos w zgięciu jego szyi i kurczowo zacisnąłem ramiona w jego pasie. W tym czasie Eryk zaczął uspokajająco głaskać mnie po plecach.
— Wszystko będzie dobrze… — wyszeptał. 
— Proszę, nie mów mi teraz takich banałów, bo odnoszą skutek odwrotny do zamierzonego. Wiem, że chcesz pomóc, ale…
— W porządku — przerwał mi. — Możemy pomilczeć, jak chcesz — zapewnił spokojnie. — Ale chodźmy do środka, okej? — zaproponował na koniec. 
Rozluźniłem uścisk i po chwili Eryk pociągnął mnie do salonu, trzymając mnie za rękę. 
— Mogę coś dla ciebie zrobić? — zapytał, kiedy opadłem z jęknięciem na kanapę. Demiński usiadł ostrożniej i zaczął uspokajająco bawić się palcami mojej dłoni, której nie puścił nawet na ułamek sekundy. 
— Potrafisz cofać czas? — zapytałem gorzko. 
— Kochanie — zaczął łagodnym tonem. Wiedziałem, że bardzo się starał aby okazać mi wsparcie. W efekcie jednak poczułem się tylko gorzej, bo nie dosyć, że właśnie wszyscy dowiedzieli się, że jestem pedałem, to dodatkowo znowu zmuszałem ukochanego, aby mi nadskakiwał. A byłem świadomy, że niekoniecznie zasłużyłem sobie na jego wsparcie. — Wiem, że teraz wydaje ci się, że to koniec świata. Pewnie masz w głowie same najczarniejsze scenariusze, ale proszę, miej na uwadze, że tak nie będzie zawsze. Nie znam się na środowisku MMA, więc nie będę wymyślał i rzucał jakichś tandetnych tekstów dla otuchy… ale pamiętaj, że masz mnie, nadal masz przyjaciół i nie jesteś z tym sam. Nie musisz tego przeżywać sam — zaznaczył, po czym westchnął. — To co powiem, z pozoru zabrzmi okropnie, ale zastanów się, nim się zdenerwujesz. — Popatrzyłem na niego skonsternowany. Nie miałem pojęcia, co miał mi do zakomunikowania. — Wiem, że to było to, czego najbardziej się obawiałeś i to musi być przerażające, że twój największy koszmar się spełnił, ale… ale to oznacza, że już nie masz się czego obawiać. Nie będzie łatwo, ale wstaniesz na nogi i już nic nie będzie cię trapić. — Już otwierałem usta żeby coś odpowiedzieć, ale Eryk był szybszy. — Nie pomyśl proszę, że staram się ci zasugerować, że „to wyszło ci na dobre”. — Zrobił znaczący cudzysłów palcami jednej ręki, bo drugą nadal trzymał moją dłoń. — Ale nie odkręcisz już tego, więc nie zadręczaj się, tylko wyciągnij z tego jakiś plus, na przykład taki, że twój strach odszedł — zakończył ostrożnie. 
Zaśmiałem się słabo.
— Faktycznie… — zacząłem z westchnięciem. — Teraz po prostu skupię się na swojej depresji, bo nie zamierzam przez kolejny rok wychodzić z domu — dodałem sarkastycznie. 
Eryk odpuścił. Chyba zdał sobie sprawę z tego, że daremne były jakiekolwiek próby podniesienia mnie na duchu. W zamian podniósł moją dłoń do swoich ust i złożył pocałunek na jej wierzchu, a potem przytrzymał ją przy policzku. 
Wzdrygnąłem się, słysząc dźwięk telefonu. Demiński spojrzał na swojego smartfona, który leżał na stoliku, by wreszcie wychylić się po niego i spojrzeć na wyświetlacz.
— Marek — oświadczył i podał mi urządzenie.
Westchnąłem cierpiętniczo, jednak przyjąłem je i po chwili namysłu odebrałem.
— Hej, Eryk. Wiesz co z Robertem? Nie mogę się do niego dodzwonić — usłyszałem głos swojego brata.
— To ja — bąknąłem. — Telefon mam wyciszony — wyjaśniłem.
— O… — mruknął zaskoczony. — Jak się trzymasz? — zapytał zmartwiony.
— Wszystko jest w perfekcyjnym… nieporządku — odparłem sztucznie. 
— Wiem, że mega chujnia z tego wyszła, ale trzymaj głowę wysoko, okej? Nie pozwól żeby ten gnojek na tobie jechał. Skup się na treningach i w grudniu go zmasakruj w odpowiedzi — przemówił.
— Bryczewski… — jęknąłem. — Już mnie pocisnął? — upewniłem się.
— Nie widziałeś? — zapytał zdziwiony i jakby trochę zakłopotany, że właśnie mi o tym powiedział.
— Nie. W ogóle nie mam ochoty wiedzieć, co się dzieje — wyznałem. Eryk w tym samym momencie dał mi na migi znać, że idzie do kuchni. W końcu puścił moją dłoń i wstał. — A… jak tam w domu? Rodzice już wiedzą? — dopytałem i poczułem nieprzyjemny ścisk w okolicach żołądka.
— Jeszcze plotki się nie rozniosły — odparł. — Hej, Robert — zaczął po chwili przerwy. — Pamiętasz, jak mówiłeś w sobotę, że jakby coś się działo, to wystarczy jeden telefon i mi pomożesz? — przypomniał mi. Skrzywiłem się w duchu, bo oczywiście nie rzucałem słów na wiatr, ale jeżeli Marek zamierzał mnie teraz o coś poprosić…
— Tak — przyznałem mimo wszystko.
— No… to wiesz, że to działa w obie strony, nie? — dopytał, a ja po raz pierwszy poczułem coś na wzór ulgi. 
Przez umysł przeszła mi pewna myśl i chwilę wahałem się, czy mogę o to prosić Marka.
— Dobrze wiedzieć, bo chyba mam prośbę — odpowiedziałem.
— Wal.
— Słuchaj… a mógłbyś im o tym powiedzieć? Nie chcę, żeby jakaś nawiedzona sąsiadka wpadła do nas na chatę i wprawiła matkę w stan przedzawałowy. Sam póki co nie mam ani siły, ani odwagi. Jeżeli i tak ma się dowiedzieć… to lepiej, żeby była przygotowana na to, co nadejdzie — wyznałem niezręcznie.
— Robi się, bracie — odparł nawet bez sekundy zawahania. 
— Dziękuję — powiedziałem cicho.
— Nie ma sprawy — rzucił. — Kto w ogóle cię tak urządził? Skąd mieli twoje zdjęcie z Erykiem? — zaciekawił się.
— Nie mam pojęcia, skąd miał zdjęcie, ale to musiał być Krystian… — odparłem.
— Krystian? — zapytał zdziwiony. — A co on ma z tym wspólnego?
— No… tak jakby nakrył nas z Erykiem, gdy się całowaliśmy i dał mi do zrozumienia, że uważa mnie za jakiegoś dewianta — wyjaśniłem ponuro.
— Co za skurwiel! Już ja z nim sobie urządzę pogawędkę! — zaczął się odgrażać Marek.
— Daj sobie spokój. To i tak nic nie zmieni — rzuciłem jakby pogodzony z losem.
— No ale kurwa mać! Ma do ciebie jakiś problem i jeszcze grzebie ci w telefonie! — zaczął się pieklić.
— Nie grzebał mi w telefonie — odparłem szybko zdziwiony wnioskiem mojego brata.
— No… to skąd miał to zdjęcie? Mógł je mieć tylko od ciebie — wyjaśnił swój punkt widzenia, a ja odniosłem wrażenie, że wszystko wokół mnie nagle zwolniło. Ostatnia wypowiedzieć Marka obijała mi się w umyśle jak jakaś zacięta płyta, kiedy inna część mózgu zaczęła łączyć fakty. 
Znieruchomiałem i przełknąłem ślinę, choć czułem, jak w gardle zaczyna mi rosnąć potężna gula.
— Muszę kończyć, oddzwonię — powiedziałem, po czym niegrzecznie się rozłączyłem, nie czekając na reakcję ze strony brata.
Marek założył, że Krystian włamał mi się jakoś do telefonu i wykradł demaskujące mnie zdjęcie. Nie znał jednak pewnego istotnego faktu, z którego ja zdałem sobie sprawę dosłownie przed chwilą. Owszem. To ja robiłem zdjęcie, jednak telefon z którego go robiłem… należał do Eryka. Tylko on je posiadał, a w sobotę Krystian nawet do niego się nie zbliżył. Po tym, gdy nas nakrył, unikał nas cały wieczór, a Eryk smartfona miał przy sobie. 
Wtem zacząłem przypominać sobie słowa, jakie powiedział do mnie kilkanaście minut wcześniej. Że już nie muszę się bać… 
Oczy niebezpiecznie mi się zaszkliły, więc pospiesznie zacisnąłem powieki, aby nie uronić nawet jednej łzy.
Zacząłem usilnie myśleć nad jakimś rozwiązaniem, ale jedyne logiczne i racjonalne wytłumaczenie ukazywało przerażającą i rozdzierającą moje serce prawdę. 
Osobą, która właśnie zniszczyła mi życie, była osoba, która do tej pory nadawała mu sens.


KONIEC TOMU PIERWSZEGO
__________________


No więc tak... ja to tu po prostu zostawię :D
Zgodnie z zapowiedziami, rozdział dwudziesty kończy tom pierwszy cliffhangerem i otwiera furtkę tomowi drugiemu.
W końcu doszło do sytuacji z opisu, czyli do wyoutowania Roberta przed... wszystkimi. Jak Kwiatkowski to ogarnie, no i przede wszystkim, co stanie się z nim i Erykiem, po jego odkryciu?

Zbaczając z tematu rozdziału, warto napisać kilka słów na temat całego opowiadania. Przede wszystkim wielkie dzięki za ponad 10,000 wejść na bloga! Jak dla mnie, to bardzo imponujący i napawający optymizmem, dumą i weną wynik :)
Ja wiem, że Wy się niechętnie ujawniacie w komentarzach (poza kilkoma osobami, które zasługują na moją dozgonną wdzięczność za poświęcenie kilku chwil na wyskrobanie paru zdań), choć statystyki mówią same za siebie - a fakty są takie, że ku mojemu zdziwieniu, czytelność opowiadania rośnie i standardowo nabijacie co najmniej sto wyświetleń  w przeciągu dwudziestu czterech godzin od premiery poszczególnych rozdziałów (i nie mówię tu o wejściach na bloga, bo tych to w ogóle jest kilkaset, a o "klikaniu" w konkretny rozdział). Także chociaż dzięki temu wiem, że ktoś to autentycznie czyta i jest mi z tego powodu bardzo miło :)

No ale właśnie, skoro mamy taką sytuację, że coś się właśnie skończyło, to może jednak więcej osób się skusi, aby coś od siebie napisać? Jakaś ulubiona scena/najmniej ulubiona scena/ulubiony bohater/co Wam zapadło w pamięci/inne uwagi? No nie dajcie się prosić... :D

A na koniec zła wiadomość, bo tom drugi rozpocznie się za dwa tygodnie, a nie za tydzień (czyli zamiast 17.12 pojawi się 24.12). Grudzień to dla mnie czas wszelkich zaliczeń, kolosów, referatów, projektów i tym podobnych - pomijam fakt, że mam dodatkowo magisterkę na karku do napisania - także no... trochę krucho ostatnio u mnie z czasem :(
Dodatkowy tydzień przerwy na prawdę mi pomoże rozpisać bardziej historię, a Was może bardziej zachęci do powrotu :D 
Nie no, wiem, że Was to nie obchodzi, ale niestety decyzja zapadła. 

Także pierwszy rozdział tomu drugiego będzie na Was czekał, jak odejdziecie od wigilijnego stołu i będziecie mieli ochotę na chwilę relaksu. A skoro już się prawdopodobnie nie odezwę, to pozostaje mi Wam życzyć Wesołych Świąt! :)