15 października 2017

Rozdział 12

Załatwić sprawę po męsku.

Czułem się żałośnie, spędzając noc w podrzędnej noclegowni. Nie miałem jednak zamiaru wracać do mieszkania Dawida, ani prosić kogokolwiek innego ze znajomych , aby mnie przekimał, bo najzwyczajniej w świecie nie byłem w stanie z nikim rozmawiać. A mój stan jednoznacznie wskazywał na to, że potrzebowałem rozmowy, pocieszenia i chuj wie czego jeszcze. To że potrzebowałem, nie oznaczało, że chciałem. Nie miałem zamiaru okazywać słabości. Postanowiłem przeczekać największą falę rozpaczy w samotności, choć nie było to łatwe. 
Nie wiem, co bardziej sprawiało, że czułem się tak strasznie żałośnie. Fakt, że Eryk już się ze mną nie kontaktował, czy to, że mimo wszystko miałem takie momenty, w którym chciałem wskoczyć w samochód, wrócić do domu i powiedzieć mu, że wszystko mu wybaczam i potrzebuję go, kocham…
Po chwilach słabości, nawiedzały mnie fala gniewu. Miałem ochotę rozszarpać tego Adriana gołymi rękami i pokazać Erykowi, że nie robi już na mnie wrażenia. Nie miałem zamiaru uronić z jego powodu nawet jednej łzy. 
Ostatnie zamierzenie spełniłem, choć oczy kilkukrotnie niebezpiecznie mi się zaszkliły. Ostatecznie nie pękłem. Powstrzymywałem się przed płaczem wszelkimi sposobami, bo wiedziałem, że gdybym się złamał, już nie zdołałbym się pozbierać.  
Po wściekłości następowała trzecia faza. Ciśnienie ze mnie schodziło i napełniała mnie nadzieja. Zaczynałem myśleć, że może się nakręcam, że wyolbrzymiam i jest jeszcze jakiś sposób, aby to wszystko wytłumaczyć. Może wszystko było jedynie wielkim nieporozumieniem. 
Potem dochodziło do mnie, że moje myślenie jest naiwne, głupie i w ogóle bez sensu. Wtedy na nowo wzbierał we mnie nieopisany smutek, żal, czy wręcz czarna rozpacz. I tak w kółko. Smuciłem się, wzbierała we mnie agresja, ciśnienie ze mnie schodziło i zaczynały mi świtać pozytywne myśli, by ostatecznie potknąć się i na nowo zacząć lament. 
Byłem cholernie zmęczony psychicznie. To znowu sprawiało, że nawet kiwnięcie palcem wydawało mi się bezcelowe, o wstaniu z tego obskurnego łóżka już nie mówiąc. 
Udało mi się kilka razy zmrużyć oko, jednak takie kilkukrotne zasypianie i budzenie się z rosnącym ciężarem na sercu, było o wiele bardziej męczące, niż gdybym w ogóle nie zasnął. 
Następnego ranka zwleczenie się i wykonanie najprostszej czynności wydawało mi się wręcz nierzeczywiste. Nie miałem pojęcia, jak udało mi się iść do łazienki, w miarę ogarnąć i ruszyć do pracy. Zmęczenie akurat nie miało z tym nic wspólnego. Bardziej chodziło o to, że miałem mentalną blokadę, która powstrzymywała mnie przed zrobieniem czegokolwiek. 
Zobaczenie swojej twarzy w lusterku wstecznym w samochodzie wpędziło mnie w jeszcze większy dół. W motelowej łazience, przy sztucznym świetle, moja twarz nie wyglądała aż tak tragicznie. Teraz, widząc siebie przy świetle dziennym, miałem ochotę zawrócić, albo nie tyle co zawrócić, a rozpędzić się do niedorzecznej prędkości i zjechać z klifu. Jedyne co mnie przed tym powstrzymywało to fakt, że w Białymstoku nie było klifów. Kto wie, może spłaszczony teren właśnie uratował mi życie? 
Nie trzeba było być psychologiem, psychiatrą czy kimkolwiek takim, aby po zobaczeniu mnie dojść do wniosku, że „ten facet ma problem”, albo raczej „ten facet ma PROBLEM”. 
Worki pod oczami czy siniec koło ust, który teraz przybrał fioletowawy kolor, stanowiły tylko część tego widoku nędzy i rozpaczy. Choć z drugiej strony, biorąc dodatkowo pod uwagę moje widocznie poobcierane knykcie, nie trzeba było szukać innych powodów, aby omijać mnie szerokim łukiem.
Osobiście największy problem stanowiły dla mnie oczy. Te sprawiały, że nie mogłem patrzeć w swoje odbicie. Tak naprawdę to one pokazywały, w jak złym stanie się znajdowałem. Niby te same szare tęczówki co zwykle, jednak kryło się w nich coś mrocznego. Zupełnie jakby przebijało przez nie moje alter ego, ta mroczna strona, którą podobno posiada każdy człowiek. 
Nie chciałem, aby ten Robert wyszedł na wierzch. 
Choć ja nie radziłem sobie z sytuacją, w jakiej się znalazłem, to nie mogłem oddać kontroli najmroczniejszym instynktom, nastawionym jedynie na przetrwanie. W ten sposób byłoby mi pewnie łatwiej, ale obawiałem się, że to droga, na której prawie niemożliwe jest zawrócenie. A chciałem, żeby znowu było dobrze. Nie chciałem czuć się źle. 
Niestety nie mogłem nadać myślom wybranego przez siebie kierunku. Nie mogłem po prostu wmówić sobie, że będzie dobrze. Nie mogłem karmić się banałami w stylu „po każdej burzy wychodzi słońce”. Nawet jeżeli przez moment napełniała mnie nadzieja, to wiedziałam, że za minutę czy dwie najdzie mnie fala bezradności. Zupełnie jakbym płacił smutkiem za każdą pozytywną myśl. 
Musiałem bardzo szybko coś wymyślić, aby nie zwariować. Musiałem znaleźć odpowiedź. Znaleźć coś, co pozwoli mi przetrwać i co sprawi, że moje paliwo zbyt szybko się nie skończy. 
Wpadłem na pomysł.
***
Dosyć długo zastanawiałem się, czy jest jakikolwiek sens udania się do Spartakusa. Ludzie pewnie będą pytać co mi jest, a ja nie miałem najmniejszej ochoty, aby udzielać im odpowiedzi.
Z drugiej strony, wiedziałem, że do szesnastej postradam zmysły, jeżeli czegoś nie zrobię. Bezczynne siedzenie w samochodzie zatem odpadało. 
Cóż, przynajmniej będę musiał się skupić na udawaniu, że wszystko jest w porządku, a to pozwoli mi nie myśleć o Eryku. 
Zaparkowałem pod halą i wysiadłem z auta, jednak nawet nie zdążyłem zamknąć drzwi, bo zostałem zaatakowany.
— Co ty odpierdalasz, stary?! — rzucił się do mnie Dawid, który nie mam pojęcia skąd się przy mnie znalazł. — Eryk od wczoraj bombarduje mnie telefonami, myśląc, że cię ukrywam, a ty sobie tak po prostu wyłączasz telefon?! — mówił z pretensją.
— Wyluzuj… — rzuciłem obojętnie. — Nie było ze mną kontaktu ledwo od parunastu godzin — wyjaśniłem.
— To nie mogłeś, do chuja pana, powiadomić, że nie będzie z tobą kontaktu?! 
— A coś ty się tak do mnie przyjebał? Przecież żyję. Nic mi nie jest. Już nie mam prawa na chwilę samotności? — odparłem atak. 
— Bo tak się zwyczajnie nie robi, kretynie jeden! Myśleliśmy, że coś ci się stało! 
— Nie wyolbrzymiaj — poprosiłem. 
— Ja, kurwa, wyolbrzymiam? — Wskazał na siebie palcem. — Przygarnąłem cię, jak byłeś w potrzebie. Chyba mi się, kurwa, należy odrobina szacunku i spokoju? 
— A co się niby mogło mi stać? — zapytałem pretensjonalnie, rozkładając ręce na boki. 
Powoli uzmysłowiłem sobie, że zachowywałem się jak skończony chuj w stosunku do Dawida. Najgorsze było to, że nie miałem najmniejszego zamiaru przestawać. Zupełnie, jakby w ramach instynktu obronnego kontrolę nade mną przejęło alter ego. 
— Wszystko?! Eryk mówił, że się pokłóciliście. Bał się, że… — przerwał ze zdenerwowania i popatrzył na mnie z wyrzutem.
— Że zrobię sobie krzywdę? — zapytałem prześmiewczym tonem. — Jego niedoczekanie — dodałem wrednie. — Nie martw się Dawid, chujowy związek to nie powód, abym się zabijał — dorzuciłem sarkastycznie, nie potrafiąc powstrzymać słów, jakie wypływały z moich ust. 
— Co jest z tobą nie tak? — zapytał mnie zaskoczony. — Naćpałeś się czy co? 
— A nie mogę być po prostu wściekły, bo okazało się, że zamiast z mężczyzną z moich snów, zadałem się z puszczalską kurwą? — zapytałem tonem, ociekającym jadem. Dawid aż zaniemówił.
— Słuchaj… — zaczął i wyciągnął przed siebie dłonie w uspokajającym geście. — Może docenisz, że latam od rana po mieście i cię szukam, a może nie docenisz. Chuj z tym. Mam tylko jedną prośbę. Ogarnij się. Bo nie da się z tobą rozmawiać. 
— Dziękuję za radę — odparłem protekcjonalnym tonem, zatrzasnąłem drzwi od auta, po czym ruszyłem w stronę wejścia.
— Gdzie ty idziesz? — zapytał zaskoczony Dawid, którego zostawiłem w tyle. Zatrzymałem się, westchnąłem i odwróciłem do niego.
— Do pracy? 
— W takim stanie? — spytał.
— W jakim? — odparłem pytaniem na pytanie.
— A widziałeś się dzisiaj w  lustrze? 
— Hej, w sobotę miałem walkę, mam prawo wyglądać gorzej — odparłem, udając, że nie mam pojęcia, o co mu chodzi.
— Antek cię wypierdoli — ostrzegł mnie.
— Spróbuję szczęścia — odparłem, po czym ignorując go, udałem się na halę. 
Gdyby ktoś mnie zapytał, co się w danej chwili ze mną działo, to nie potrafiłbym udzielić odpowiedzi. Może taki był mój mechanizm obronny. Ludzie różnie reagują w stresowych sytuacjach. Może moją nową receptą na radzenie sobie z rozpaczą było udawanie, że problemu nie ma? I to udawanie w najbardziej perfidny i arogancki sposób. 
To było przerażające, jednak mimo wszystko nie potrafiłem inaczej. Wolałem być chamem, niż otworzyć się przed każdą napotkaną osobą, która będzie mnie pytać, co się ze mną dzieje. 
A działo się wiele. Targało mną mnóstwo skrajnych emocji. 
— Robert? — usłyszałem Antka, kiedy skręcałem do szatni. 
— To ja. Żyję, nic mi nie jest. Przepraszam, że Eryk postawił wszystkich w stan najwyższej gotowości, niepotrzebnie narobił zamieszania — wyrecytowałem lekceważąco, nim Antek zadał jakiekolwiek pytanie. 
— Nie tym tonem — zagrzmiał Antonii, na co ja tylko podniosłem ręce w obronnym geście. — Nie łaska włączyć telefon? — zapytał z pretensją.
— Potrzebowałem chwili wytchnienia — odpowiedziałem powierzchownie.
— Ale mogłeś wcześniej kogokolwiek poinformować — pouczył mnie.
— Mogłem — przyznałem, uznając, że nie warto wdawać się w zbędną dyskusję.
— Żeby to był ostatni raz. A teraz spadaj do domu i nie pokazuj mi się na oczy, dopóki się nie ogarniesz — powiedział.
— Co? Nie! — zaprzeczyłem natychmiast. — Nic mi nie jest! Chcę pracować!
— Nie dyskutuj ze mną, Kwiatkowski. W tym stanie to bym ci nawet psa nie powierzył — przemówił nieugiętym tonem. — Ogol się, wyśpij i przede wszystkim uspokój — polecił. 
Westchnąłem jedynie z rezygnacją i ruszyłem do wyjścia, wiedząc, że niczego nie ugram. 
Wróciłem do samochodu i postanowiłem włączyć telefon. Ale to nie tak, że byłem ciekawy, czy Eryk się o mnie martwił. No dobra, trochę byłem, jednak telefon był mi potrzebny do czegoś innego.
Gdy włączyłem urządzenie, niemal natychmiast zbombardowały mnie powiadomienia. Miałem dosłownie setki nieodebranych połączeń. Znaczna część była od Eryka, ale dzwonił do mnie też Dawid, Antek, Luiza, Marek i paręnaście innych osób. Kurczę, Demiński serio wszystkich nastraszył. 
Zignorowałem telefony i przeszedłem do smsów, których też było sporo. Odpisałem jedynie Markowi, że żyję, bo reszta jakoś niekoniecznie mnie interesowała. 
Potem z zagryzioną wargą wreszcie zabrałem się za smsy od Eryka. Ostatni był próbą szantażu.
Od Eryk: „ Robert, zlituj się nade mną, błagam! Obdzwoniłem każdego twojego znajomego, ale nikt nie ma pojęcia, gdzie jesteś! Jeszcze moment i zwariuję! Jeżeli nie odezwiesz się do wieczora, to zamierzam zgłosić twoje zaginięcie na policji” 
Prawie się wzruszyłem. Prawie, bo wiedziałem, że Eryk kłamał. Gdyby faktycznie się o mnie martwił, to nie chodziłby sobie na obiadki z kochankiem. 
W momencie kiedy wyszedłem z wiadomości, dostałem kolejną.
Od Eryk: „Dzwonił do mnie Dawid. Straszna z ciebie świnia, wiesz?”
Jedynie parsknąłem pod nosem i zignorowałem jego smsa, tak jak każdego poprzedniego. Miałem w planach coś innego. 
Nigdy nie sądziłem, że znajomość hasła i maila do konta Eryka na facebooku kiedykolwiek mi się przyda. A jednak. 
Wylogowałem się ze swojego, po czym wpisałem potrzebne dane i już po chwili znalazłem się na stronie Demińskiego. Szybko kliknąłem w wiadomości. 
Plan był prosty, barbarzyński i najniższych lotów, jednak nic mnie nie było w stanie powstrzymać przed jego wykonaniem.
Zamierzałem spuścić wpierdol Adrianowi. 
Nie miałem jednak pojęcia, jak ten wyglądał, zatem musiałem coś wykombinować. Przypomniało mi się, że przecież pisał do Eryka, zatem to był najszybszy sposób, aby się tego dowiedzieć. 
Szybko odnalazłem potrzebne wiadomości i ku mojemu rozczarowaniu, Eryk nie wymienił z nim nawet zdania od praktycznie miesiąca. Była tam tylko próba nawiązania kontaktu, o której wiedziałem, a także wysłany kilka dni później esej, w którym Adrian opisywał, jak bardzo się cieszy, że będzie pracował z Erykiem. Rozbawiłem się, widząc wymowne „aha”, wysłane przez Demińskiego w ramach odpowiedzi. 
Rozczarowałem się, bo liczyłem, że natknę się na jakieś pikantne lub chociaż podejrzane wiadomości, które pozwolą mi nienawidzić Eryka. Tak byłoby prościej. Z drugiej strony wiedziałem, że Demiński był sprytny i mógł się domyślić, że będę chciał go kontrolować, dlatego mogli komunikować się w jakiś inny sposób. Na przykład przez smsy. W końcu Eryk nie bez powodu posiadał numer kochanka i w dodatku zapisał go pod imieniem swojej przyjaciółki. Brak facebookowych dowodów jeszcze nie świadczył o niewinności mojego chłopaka. 
Kliknąłem na ikonkę ze zdjęciem Adriana i już po chwili przeglądałem jego profil. Był… cholera, był przystojny. Brunet o zielonych oczach i męskich rysach twarzy. Do Eryka oczywiście jeszcze sporo mu brakowało, ale mimo wszystko był jedną z tych osób, które powszechnie uważało się za piękne. Modne ubrania, drogie gadżety i ogólnie życie na światowym poziomie. Mnóstwo zdjęć z wycieczek, w gronie znajomych i z różnych imprez. 
— Twoja buźka już nie będzie taka piękna, gdy się spotkamy — rzuciłem groźnie, po czym wylogowałem się i wyłączyłem transmisję danych. Po chwili dostałem też kolejnego smsa od Eryka.
Od Eryk: „Dostałem powiadomienie, że ktoś się zalogował na mojego facebooka z innego urządzenia. Tylko ty znasz hasło. Co kombinujesz?”
Wyszedłem z wiadomości i już miałem wyłączyć z powrotem telefon, ale jednak się powstrzymałem. Napisałem wiadomość do Dawida.
Do Dawid: „Oświadczam, że zamierzam wyłączyć telefon, ale to nie oznacza, że nie żyję. Proszę się o mnie nie martwić”
Kliknąłem „wyślij” i dopiero wyłączyłem urządzenie. Nie chciałem być rozpraszany wiadomościami czy telefonami od różnych osób, które zastanawiają się, co się ze mną dzieje. 
***
Przez kilka godzin kręciłem się po mieście i próbowałem rozproszyć swoje myśli. Gdy dochodziła szesnasta, podjechałem pod biuro, w którym pracował Eryk. Zaparkowałem pod apteką po drugiej stronie ulicy, nie chcąc, aby ten rozpoznał mój samochód, a sam ruszyłem w stronę parkingu dla pracowników biura. Schowałem się za betonowym filarem, który stanowił część ogrodzenia i czekałem.
Z tego miejsca miałem świetny widok zarówno na parking jak i na wejście do budynku. Jeżeli Adrian był w pracy, nie było takiej szansy, abym go przeoczył. 
Zamierzałem go złapać, odciągnąć na bok i „uciąć pogawędkę”. Ten plan miał wiele luk. Było jasno, każdy mógł mnie zobaczyć, Adrian nie musiał wychodzić sam, mógł wyjść chociażby z Erykiem, albo w ogóle mogło go z jakiegoś powodu nie być w firmie. 
Nie obchodziło mnie to. Jeżeli był, to miał pecha, bo szykowałem dla niego wpierdol. 
Po kilkunastu minutach oczekiwania w końcu ludzie zaczęli opuszczać budynek. Dojrzałem nawet wśród nich Eryka, który pospiesznie ominął grupę śmiejących się znajomych i ruszył w kierunku przystanku autobusowego. Adriana jednak nie widziałem nigdzie.
Kolejne minuty mijały i już zaczynałem czuć rozczarowanie, że jednak nie spełnię swojego planu, ale wtedy drzwi do budynku ponownie się otworzyły i ujrzałem w nich obiekt swoich zainteresowań. Był znacznie wyższy, niż zakładałem, jednak był też strasznie chudy, co wyglądało karykaturalnie. Co dodatkowo mnie ucieszyło, to fakt, że był sam, a z racji tego, że już praktycznie wszyscy wyszli, założyłem, że nasze spotkanie obejdzie się bez światków. 
Adrian ruszył na parking, niosąc pod pachą jakieś teczki, by ostatecznie zatrzymać się pod drzewem, pod którym stał jego samochód. Wręcz idealne miejsce.
Pospiesznie udałem się w tamtym kierunku i kiedy mężczyzna otwierał drzwi od strony kierowcy, położyłem mu dłoń na ramieniu. Natychmiast odwróci się zdziwiony.
— Znamy się? — zapytał.
— Zaraz się poznamy — odparłem, a na moje usta wkradł się cyniczny uśmiech. 
— Chyba podziękuję — parsknął i już miał wsiadać do środka, ale niezbyt subtelnie go powstrzymałem, szarpiąc go za ramię.
— Ej koleś, co ty masz za problem? — spytał z pretensją. — Tam są kamery, nie radzę. — Wskazał palcem gdzieś za mnie, jednak nawet nie mrugnąłem. 
— A ja nie radzę, abyś zadawał się z Erykiem, ale na to już chyba za późno — rzuciłem sarkastycznie.
Adrian ponownie parsknął pod nosem, co na moment zbiło mnie z tropu.
— Ach, ty musisz być Robert — zgadł. — Kiepsko wyglądasz, chyba słabo spałeś, co? — Jego cyniczny ton był cholernie wkurwiający. Ten koleś miał tupet!
— Ty za moment będziesz wyglądał gorzej — stwierdziłem.
— Grozisz mi? — spytał nieprzekonany.
— Hmm… masz rację. Co ja się będę produkował — odparłem, wzruszając ramionami, a po chwili zrobiłem zamach i posłałem prawy sierpowy na szczękę Adriana. Zaraz poprawiłem soczystym lewym prostym na nos. Gdyby nie stojący za nim samochód, właśnie by leżał. A tak zdołał się oprzeć i utrzymać równowagę. 
— Pojebało cię?! — wrzasnął zaskoczony i złapał się za nos, z którego zaczęła obficie sączyć się krew.
— Mnie? To nie ja wyciągam łapy do cudzych facetów — odparłem. — Rozumiesz sens słowa „nie”? — zapytałem retorycznie. — Od razu mi lepiej — dodałem spokojniej, rzucając w przestrzeń, po czym odwróciłem się na pięcie i ruszyłem w kierunku bramy.
— Jesteś skończony — zawołał za mną żałośnie. 
Zatrzymałem się. Stałem przez moment w bezruchu, jednak po szybkiej kalkulacji zawróciłem.
— Coś mówiłeś? — spytałem, kiedy z powrotem znalazłem się przy Adrianie, który wycierał nos w chusteczkę. 
— Tak, że dobrze mi się ruchało twojego chłopaka. Jest taki ciasny, zupełnie tak jak pamiętałem i… — Nie dałem mu dokończyć, bo poprawiłem mu lewym sierpowym, a potem poczęstowałem go kolanem w brzuch. 
Adrian zgiął się w pół i jęknął przy tym głucho, a ja w ekspresowym tempie się oddaliłem. Nie dlatego, że jego groźba mnie przestraszyła. Bałem się, że bym go tam zabił, jeżeli nie zamknąłby mordy i nie przestałby chełpić się faktem, że wyruchał mojego faceta. Znowu. 
Szybkim krokiem dotarłem do swojego samochodu, uruchomiłem silnik, wcisnąłem wsteczny i sprawnie wyjechałem na ulicę. 
Przejeżdżając obok przystanku autobusowego, gwałtownie zahamowałem i opuściłem szybę elektryczną od strony pasażera.
— Wsiadaj — rzuciłem do zdezorientowanego Eryka. 
Zamrugał kilkakrotnie, nadal nie mogąc wyjść z zaszokowania, jednak po kilku sekundach posłusznie ruszył w moim kierunku i zaraz znalazł się na siedzeniu obok. 
Pospiesznie ruszyłem.
— Masz zakrwawione ręce! — zauważył od razu. — Co ci się stało?! 
— Spotkałem twojego kochasia — odparłem cynicznie.
— Co? 
— No nie udawaj, że nie wiesz, o kim mówię. Wreszcie poznałem tego sławnego Adrianka, który jakimś sposobem gra główną rolę w naszym filmie — poleciałem z metaforą.
— Co mu zrobiłeś? — zapytał spanikowany.
— Och, to urocze, że się tak o niego martwisz — odparłem i jęknąłem, udając przejęcie. 
— Przestań się tak zachowywać! — Podniósł na mnie głos.
— Jak? — spytałem, udając, że nie mam pojęcia, o czym mówi.
— Właśnie tak! — odpowiedział zirytowany. — Co się z tobą do cholery działo? Odchodziłem od zmysłów! — zaczął lamentować. 
— Bo ci uwierzę — parsknąłem i skupiłem wzrok na majaczącym przed nami skrzyżowaniu, na którym akurat była awaria świateł. Zrobił się korek i już na pierwszy rzut oka było widać, że znaczna część kierowców jeździ na pamięć i gubi się w momencie, kiedy tylko brakuje sygnalizacji. 
— Gdzie byłeś? — zapytał przez zaciśnięte zęby, wyraźnie zirytowany moim lekceważącym zachowaniem. 
— Mógłbym powiedzieć, że odreagowywałem z jakimś koksem w krzakach, ale pewnie i tak byś mi nie uwierzył, co? — zapytałem prowokacyjnie.
— Przestań — poprosił.
— No co? Tobie wolno się puszczać, a ja muszę być wierny? — zapytałem, udając urażonego. 
— Robert, przestań, do kurwy nędzy! — krzyknął, będąc na skraju wytrzymałości. Gdy spojrzałem na jego minę i na nierówny oddech, spoważniałem. Jeszcze nigdy nie udało mi się wyprowadzić Eryka aż tak z równowagi. Ale hej! Zasłużył sobie, kurwa mać! 
— Co mam ci powiedzieć? Że złamałeś mi serce? Że się tego po tobie nie spodziewałem? Że doprowadzasz mnie do szaleństwa i wyzwalasz we mnie najgorsze instynkty? No to proszę bardzo. Tak właśnie jest — odparłem nieco naturalniej i skupiłem się na drodze, bo za moment miałem wjeżdżać na skrzyżowanie. 
— Pobiłeś go? — spytał spanikowany.
— Naprawdę, kurwa? — zacząłem z pretensją. — Naprawdę to nim się w tej chwili zamierzasz przejmować? 
— Nie obchodzi mnie ten kretyn! Ale będziesz miał przez niego problemy! — wyjaśnił, ponownie podnosząc głos. — To pierdolony snob. Będzie teraz chciał się zemścić — dodał.
— Wybacz, ale zasłużył na wpierdol już za pierwszym razem. Teraz już nie mogłem mu odpuścić — wyjaśniłem swój punkt widzenia.
— Teraz? — spytał zdziwiony Eryk.
— Oj przestań udawać. Wiem o wszystkim. Zanim przerobiłem jego ryj w tatara, zdążyliśmy uciąć sobie krótką pogawędkę na temat twojego ciasnego tyłka — wyjaśniłem z cynicznym uśmiechem. 
Eryk jęknął i wydał z siebie kilka odgłosów, imitując szloch. 
— Robert, ja nie wiem co on ci naopowiadał, ale to wszystko jest jednym wielkim kłamstwem. Nie mam z nim nic wspólnego — zaczął mnie zapewniać, na co ja tylko wybuchłem histerycznym śmiechem. 
— Wybacz, ale jakoś średnio uważam teraz twoje słowa za wyznacznik prawdy — odpowiedziałem, gdy się uspokoiłem. 
— Wytłumaczyłbym ci to wszystko, gdybyś tylko dał mi szansę…
— Och, ależ dałem — wszedłem mu w słowo. — Problem w tym, że wolałeś jeść obiadek ze swoim nowym chłopakiem niż ratować związek ze starym — wyjaśniłem.
— O czym ty mówisz? — zapytał zdezorientowany. 
W końcu udało mi się przejechać przez skrzyżowanie.
— Byłem wczoraj w domu. Czekałem aż wrócisz z pracy — rzuciłem beznamiętnie. 
— Dlaczego do mnie nie zadzwoniłeś?! — spytał z pretensją.
— Bardzo dobrze, że tego nie zrobiłem! Wtedy byś wrócił, zaczął wymyślać swoje historyjki, a ja znowu bym ci uwierzył, jak ten ostatni naiwniak.
— Boże, jak ty bardzo nie masz pojęcia, co się dzieje… — stwierdził i westchnął bezradnie.
— Powiedz mi w takim razie, tylko szczerze — zaznaczyłem. — Spotkałeś się z nim wczoraj? — Żałowałem, że nie mogłem na niego spojrzeć. Musiałem jednak skupić wzrok na drodze. Na całe szczęście już wjeżdżałem na nasze osiedle. 
— Tak, ale…
— W takim razie nie mamy o czym rozmawiać — przerwałem mu szybko, czując, jak na moim sercu ponownie rośnie ciężar. Kurwa, łudziłem się do ostatniej chwili, że zaprzeczy. Pewnie i tak bym nie uwierzył, ale teraz, kiedy miałem już czarno na białym odpowiedź, zrobiło mi się zajebiście przykro. 
— Robert, daj mi to wyjaśnić — poprosił, tracąc cierpliwość.
— Ale co ty tutaj chcesz wyjaśniać? 
— Wszystko! 
— Jest tylko jeden problem, Eryk. Ja ci już nie wierzę, wiesz? Bo kurwa na każdym kroku kłamiesz! Masz ciągle jakieś tajemnice, o których mi nie mówisz, a potem jak cię przyłapię, to szukasz jedynie wymówek! — oskarżyłem go, po czym nie czekając na jego odpowiedź, wysiadłem z auta, kiedy zaparkowałem. O dziwo udało mi się znaleźć miejsce kilkanaście metrów od naszej klatki. Choć jeden pozytyw w tej całej sytuacji. 
— Robert, kurwa! — krzyknął za mną, po czym trzasnął drzwiami. — Możesz mnie po porostu wysłuchać bez przerywania mi? — poprosił i ruszył za mną. 
Jęknąłem w duchu, bo kiedy skręciłem do klatki, na ławce siedziało akurat trzech dresów. Jednego rozpoznałem natychmiast. Był to chyba ich prowodyr. 
— A o co się tak szanowni koledzy kłócą? — zapytał wesoło, słysząc nasze podniesione głosy. Szybko zacząłem odtwarzać naszą kłótnię od momentu, kiedy wysiedliśmy z samochodu, zastanawiając się, czy przypadkiem grupka dresów nie usłyszała czegoś, czego nie powinna. 
Chyba nie. 
— On jest za Legią, czaicie? — rzuciłem prowokacyjnie, kiwając wymownie na Eryka, po czym z parsknięciem minąłem ich i ruszyłem do drzwi. 
— Co? — usłyszałem skonsternowanego Eryka.
— Ej no, kolego! Ale Jagusię to ty szanuj! — skarcił go któryś z dresów. 
— Tak, tak. Do boju BKS! — zawołał Demiński na odczepnego, po czym mnie dogonił, wspinając się za mną po schodach. — Robert! — próbował zwrócić na siebie moją uwagę. 
Targało mną tyle uczuć, że w ostateczności nie wiedziałem już, co czuję. Byłem wściekły, bo mój ukochany znowu mnie zranił. W najgorszy z możliwych sposobów. Zadał mi cios prosto w serce. Byłem rozgoryczony, bo mimo wszystko strasznie go kochałem. Nie potrafiłem tak nagle przestać darzyć go uczuciem. Obawiałem się, że to było w ogóle niemożliwe. 
Poza tym byłem wściekły. Mój nowoodkryty instynkt obronny kazał mi zranić Eryka słowami. Kazał mi być oschłym i nie pozwalał, abym wysłuchał ukochanego. Zresztą może to i dobrze. Pewnie już miał przyszykowaną wymówkę.
Czułem się też bezradny. Kompletnie nie wiedziałem, co mam zrobić. Jednocześnie pragnąłem zdzielić Eryka w twarz i przytulić go z całych sił. 
Nie miałem pojęcia, czy istniał choć cień nadziei, abyśmy wyszli z tego cało. 
Nie chciałem tak po prostu przekreślać sześciu wspólnych lat. Przy nikim nie czułem się tak szczęśliwy jak przy Eryku… ale też nikt inny nie był w stanie wyrwać mi serca żywcem. 
_______________

Robert postanowił dzisiaj załatwić sprawy po męsku i poszedł obić swojego rywala. Trochę przez tę całą sytuację puściły mu nerwy i nie do końca czuje się sobą.
Jak się pewnie domyślacie, to jeszcze nie koniec perypetii. Eryk bardzo chce coś wyjaśnić, ale Robert nie za bardzo ma ochotę słuchać. Czy jednak wysłuchanie by coś dało? A może to już stracona sprawa? 
Jak zwykle zależy mi na Waszej opinii, także wiecie, co robić ;)
Do zobaczenia za tydzień!